piątek, 14 lipca 2017

roboty na wysokościach cz.2 - ława

Tak jak obiecałam, dziś będzie druga część posta o robotach na wysokości ;) czasem się zastanawiam co sobie o nas sąsiedzi myślą - ciągle łazimy a to z dechami, a to z płytami, jakimiś kantówkami i innymi dziwnymi rzeczami... Ze dwa miesiące temu - przed samą Wielkanocą -  kupiliśmy sobie nawet krajzegę (taką małą, "stołową") i piłujemy - a to na tym naszym trzecim piętrze, a to w piwnicy ;)

Już w zeszłym roku kupiłam kantówkę 4,5x4,5 cm i trzy listwy 2,5x5cm z myślą o tym projekcie, ale jakoś chyba musiało to nabrać tzw "mocy urzędowej" jak to zwykła mówić moja mama ;) Z tą myślą wybrałam sobie również prezent urodzinowy - czyli zestaw do mocownia kieszeniowego o nazwie 'undercover jig', który również ma nam pomóc przy tym i innych "drewnianych" projektach.
Przy jednej z majowych wizyt w markecie budowlanym kupiliśmy dwie płyty, a właściwie nazwane to jest "półka świerkowa klejona"... o wymiarach 120x60 cm i 100x40 cm.

Także mocy w końcu nabrało i w ten sposób powstała wymarzona ława. I to za ułamek ceny, jaką podobne rzeczy kosztują w sklepie, czy nawet na allegro.

Ale po kolei... plan był taki:

Rys. Stolik - pomysł

A budowa zajęła dwóm niewprawnym osobom ok 3 godziny. I to z wykorzystaniem podstawowych narzędzi: piłki (nie mieliśmy nawet piłki do drewna, tylko taką drobną do metalu), wiertarki, wkrętarki, śrubokrętu i już nie tak podstawowego, ale wspomnianego powyżej zestawu do połączeń kieszeniowych.  Do tego garść wkrętów i 4 drewniane kołki (czopy?) i można było zacząć pracę.

Na kantówce odmierzyliśmy długość nóg - 50 cm - pocięliśmy ją piłką i wygładziliśmy papierem ściernym (P80) miejsca cięcia. Następnie odmierzyliśmy na większym blacie umiejscowienie mniejszego blatu i nóg (miały one być w rogach naszej półki). Zaznaczyliśmy je ołówkiem.

Z półki wycięliśmy rogi na wymiary 4,5 x 4,5 cm (grubość nóg).

Rys. Półka z odciętymi rogami (wymiary)

Następnie na listewkach odmierzyliśmy  4 kawałki po 91 cm i 4 kawałki po 31 cm na wsporniki pod blat (takie odległości wyszły nam pomiędzy nogami stołu po ich umiejscowieniu).
W każdym z tych elementów nawierciliśmy 4 otwory kieszeniowe (po dwa z każdej strony). Przy użyciu tego samego wiertła nawierciliśmy również otwory do mocowania półki i blatu - na krótszych elementach po jednym otworze na środku,  na dłuższych po dwa otwory (mniej więcej w 1/3 i 2/3 długości).

Teraz już było z górki. Na nogach wymierzyliśmy wysokość 20 cm (na tej wysokości chcieliśmy mieć półkę) i zaznaczyliśmy ją na dwóch ścianach każdej z nóg. Następnie skręciliśmy po dwie nogi za pomocą krótszego elementu na wysokości zaznaczenia. Pierwotnie rama wsporników miała być po zewnętrznej stronie, ale baliśmy się, że śruby przebiją się na zewnątrz i zniszczą trochę nogi naszej ławy, więc daliśmy je po wewnętrznej krawędzi (otwór do mocowania blatu musi być od dołu).

Rys. Nogi - połączenie
Dodatkowo na każdej nodze wywierciliśmy otwór na drewniany kołek, który jeszcze bardziej ustabilizuje konstrukcję.
Następnie połączyliśmy pary nóg dłuższymi elementami (w tym przypadku również kieszenie na śrubki muszą być od środka, a te do mocowania półki od dołu).
Po skręceniu do kupy wszystkich nóg założyliśmy półkę i przykręciliśmy ją od dołu.


Gdy już półka została zamocowana analogicznie skręciliśmy górną ramę, przy samym krańcu nóg, a w otwory w górnej części nóg wkleiliśmy kołki.


Gdy już rama została przykręcona do nóg na podłodze położyliśmy blat (oznaczeniami do góry), na to - do góry nogami - położyliśmy cały szkielet ławy (ten niebieski pyłek na kołku to ślad kredki, dzięki któremu po odwróceniu i przystawieniu do blatu wiedzieliśmy gdzie nawiercić płytkie otwory, żeby skleić obie części) i przykręciliśmy blat do szkieletu. I voila! ława gotowa.


Na koniec pociągnęliśmy półkę i blat bejcą - kolor: ciemny orzech - i dwiema warstwami bezbarwnego lakieru (sama bejca dawała zbyt tępe wykończenie i ciężko było blat choćby przetrzeć) a nogi i ramy pomalowaliśmy jedną warstwą białego gruntu do drewna.

Oczywiście my zawsze robimy rzeczy nie w takiej kolejności jak trzeba, więc najpierw ławę skręciliśmy, po czym stwierdziliśmy że ją dodatkowo wzmocnimy czopami i pomalujemy, dlatego zdjęcia są z różnych etapów. Wam jednak radzę - jeśli ktoś zdecyduje się też zrobić sobie taką ławę - robić wszystko po kolei i najpierw wszystkie elementy dociąć i nawiercić, następnie pomalować, a na końcu skręcić ;)

A tak wygląda efekt końcowy:


Koszt wykonania takiej ławy to ok 200 zł.

Jak wam się podoba?

środa, 5 lipca 2017

Leśne ludki

I ja i mój L. wychowaliśmy się na wsi. I choć nasze mieszkanie w bloku nam na ten czas odpowiada (głównie dlatego, że jest położone na obrzeżach miasta, na cichym zielonym osiedlu wśród niewysokiej zabudowy) to jednak na wsi odżywamy. Możemy godzinami chodzić po lesie - zbierając grzyby lub tylko spacerując. L. potrafi pół dnia rąbać drewno, ja mogę cały dzień spędzać w ogrodzie.

łąka - kwitnące maki, chabry i rumianki

W ostatnią sobotę na przykład wyjechaliśmy pod miasto w poszukiwaniu ostatnich jeszcze baldachów czarnego bzu. Ale błądząc po bezdrożach nazbieraliśmy nie tylko obłędnie pachnące kwiaty - znaleźliśmy też garść kurek, trochę poziomek i jagód, a nawet kwiaty dziurawca. Te ostatnie po przesuszeniu powędrują aż do Hamburga, do mojej ciotki, która interesuje się ziołolecznictwem i chce sobie zrobić dziurawcową maść.



Jagody i poziomki wykorzystałam od razu do rolady biszkoptowej z kemem z bitej śmietany i serka mascarpone, natomiast kurki powędrowały do niedzielnej jajecznicy.

rolada biszkoptowa z kremem z bitej śmietany i mascarpone z jagodami i poziomkami


Kwiaty bzu przerobiłam w dwójnasób - część przerobiłam na nalewkę, a resztę na wino.

Wino z bzu
Kwiaty bzu (odcięte od łodyżek-ok 30-40 baldachów) wrzuciłam do wrzątku (ok 4 l) i zostawiłam na 24 godziny, aż oddały cały aromat do wody. Następnie przelałam do gąsiorka, dodałam drożdży i syropu cukrowego (3 l wody + 3 kg cukru) i odstawiłam w ciepłe miejsce. Za 2-3 tygodnie okaże się, czy winko będzie się nadawało do wypicia.

Nalewka z kwiatów bzu
ok 50 baldachów bzu
2 cytryny
3 l wody
2 kg cukru
1,5 l spirytusu

Nalewka z kwiatów czarnego bzu

Z wody i cukru ugotować syrop. Kiedy się zagotuje wlać sok wyciśnięty z cytryn i wrzucić kwiaty bzu (odcięte od łodyżek). Odstawić na 24 godziny w chłodne miejsce. Po tym czasie odcedzić, kwiaty odcisnąć i wyrzucić. Następnie syrop wymieszać ze spirytusem, przelać do butelek i zostawić aż się przegryzie (na początku jest dosyć ostry i zbyt słodki) - wystarczy nawet kilka dni.
Syrop można zrobić mniej słodki, można dodać mniej soku z cytryny - w sumie proporcje są dowolne, ja zawsze robię nalewki "na oko", tak, żeby trafiały w nasz smak.

Smacznego :)

wtorek, 9 maja 2017

roboty na wysokościach cz. 1

Żyjemy w takich czasach, że wszystko można kupić, prawda? No nie do końca.... Od roku szukamy ławy do pokoju - nie ma takiej, jaką byśmy chcieli. Kratki na balkon te nie ma nigdzie takiej jaka nam odpowiada.

Czyli niby wszystko jest a nie ma...kto by pomyślał, że kratka nożycowa 180 x 180 cm jest takim rarytasem ;) Także w jednym z marketów budowlanych kupiliśmy kratkę zwykłą, z listewkami pod kątem prostym, o taką (kosztowała chyba z 56 zł):

Zdjęcie z internetu

Po czym przez dwadzieścia minut, pod marketem, rozkładaliśmy ją na części pierwsze - była pozczepiana na zszywki (:O) A później przez dwie godziny wyciągaliśmy te zszywki w domu i lakierowaliśmy każdą listewkę z osobna. I kiedy już myśleliśmy, że będzie z górki okazało się, że wkręty, którymi chcemy poskręcać naszą kratkę są za duże i przez nie pękają listewki, a szukając w sklepach mniejszych, nie ma takich jakich nam trzeba - za co się nie zabrać, wszystko się plącze...

Po pierwszym dniu kratka wyglądała tak:



i zajmowała nam pół salonu ;) Ale w sobotę dokupiliśmy wkrętów i już dokończyliśmy dzieła...

Tak, to drewno z tyłu to część kolejnego projektu ;)

Całość zamontowaliśmy na balkonie mocując kratkę do balustrady na pięć trytytek. Dosłownie. A trzyma się tak, że chyba prędzej listewki pękną, niż się kratka oderwie ;)

 

Na dole mam zamiar umieścić doniczki z jednorocznymi pnączami, które zajmują mi póki co połowę parapetu w dużym pokoju ;) ale czekam do przyszłego tygodnia, bo zapowiadają u nas jeszcze opady śniegu i przymrozki....


Taka piękna sobota przekonała nas, żeby urządzić sobie w niedzielę grilla w plenerze. Od razu pomyśleliśmy o "naszej" letniej miejscówce - fajna plaża nad jeziorkiem, jakieś 20 km od Olsztyna. Niestety pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa i zanim djechaliśmy zerwało się takie wiatrzycho, że nad jeziorem urywało głowę. Poszukaliśmy więc zjazdu w leśną ścieżkę i odkryliśmy zaciszne miejsce, które jako tako nadawało się, żeby móc się zatrzymać i rozstawić grilla. 


Jak pomyśleli, tak zrobili. Ledwo węgiel zajął się ogniem, pogoda całkiem odmówiła współpracy i zaczął siąpić deszcz.
I to był pierwszy raz, kiedy cieszyłam się z samochodu w kombi... Otworzyliśmy bagażnik, klapa była naszym daszkiem, a grill zbytnio nie ucierpiał od siąpiącego deszczu- sami popatrzcie ;)



Także mimo niezbyt udanej pogody cieszyliśmy się smakiem skrzydełek, kaszanki, kiszki ziemniaczanej, pieczonego camemberta z dżemem żurawinowym i grillowanej cukinii, a wszystkiemu świeżości dodały pomidory malinowe ze szczypiorkiem. Pyyycha. Nawet deszcz z nami nie wygrał, a ten piknik na długo pozostanie w pamięci ;)

Przy okazji sprawdziłam, jak wyglądają pędy sosny. Pogoda nas w tym roku nie rozpieszcza, więc nie zdążyły one jeszcze zbyt urosnąć, a wyczytałam ostatnio, że najlepsze są takie mające 10-12 cm długości. Do tej pory nie zwracałam jakoś szczególnej uwagi na ich długość i rwałam jak leciało, a syrop na kaszel i gardło działał jak należy, więc chyba nie ma się czym przejmować. 
Także myślę, że w następny weekend wybiorę się na zbiory pędów do wyrobu syropu sosnowego (przepis podałam kiedyś o w TYM poście, na jego końcu).
A same pędy wyglądają tak: 

Rozpisałam się dziś, a tu niepostrzeżenie północ wibiła. Także teraz idę spać, ale zapraszam na drugą część tego postu - mam nadzieję, że już niebawem - bo te nasze roboty na wysokościach jakoś nie chcą się skończyć, tylko wciąż nowe i nowe się nam rodzą w głowach. Póki co w planie jest wspomniana wcześniej ława, dwie szafy, wnęka z półkami na książki i sporo babrania przy przerabianiu świateł w salonie i korytarzu. Także zmiany, zmiany, zmiany ;) a niby przyszliśmy do gotowego, w dużej części umeblowaanego mieszkania...

Mam nadzieję, że będziecie nam towarzyszyć w tych naszych zmaganiach, a może i podpowiecie czy wam się podoba co wyczyniamy - każda rada będzie mile widziana :)

czwartek, 27 kwietnia 2017

Poprawa na rynku pracy?

Święta, święta i po świętach... Jedyną pamiątką są góry jedzenia zalegające w zamrażarce ;)

Ale dziś nie o tym. Luty był kiepskim miesiącem, między innymi dlatego, że "pożegnano się ze mną" w pracy, której naprawdę byłam zaangażowana. Głównie dlatego, że pracy mi dokładano, a ja niezbyt potrafiłam się postawić, że się nie wyrabiałam... No i w ten sposób od dwóch miesięcy jestem osobą poszukującą pracy - setki wysłanych cv, parę rozmów, z których póki co żadna nie przyniosła rezultatu... Już nawet mój mężczyzna się wkurza, żeby chromolić te wszystkie oferty pracy, bo to jakiś dramat (niektóre oferty wystawiane są chyba tylko dla picu i to nawet ze strony poważnych firm)... Ostatnio nawet przy kolejnej takiej rozmowie powiedziałam do niego "przecież muszę szukać pracy, pisać i wysyłać CV, chodzić na rozmowy, bo przecież praca sama mnie nie znajdzie".... A jego tekst, że ci wszyscy prywaciarze to debile, skoro nie potrafią docenić dobrego pracownika (czyli, że mnie - słodki jest, prawda ;)) zbyłam śmiechem. No i następnego dnia dostałam telefon od byłego szefa, czy jest możliwość, żebym wróciła do pracy - czyli że jednak praca sama do mnie przyszła ;)

I tu jest problem, bo w sumie lubiłam swoją pracę i współpracowników, ale z drugiej strony mam chęć mu powiedzieć, żeby się wypchał trocinami. Bo będąc lojalnym pracownikiem tyle czasu nie spodziewałam się, że polecę z dwutygodniowym wypowiedzeniem. I w sumie nikogo nie interesowało, czy będę miała za co spłacać kredyt hipoteczny albo za co żyć, czy mam inną pracę na oku, itp... Była tylko rozmowa typu "mam nadzieję, że rozstaniemy się w dobrych stosunkach" i bukiet kwiatów na "dowidzenia"...

Sama nie wiem, co w takiej sytuacji zrobić - czy dalej szarpać się z szukaniem pracy, czy wrócić do poprzedniego miejsca, choćby tylko na przeczekanie. Z chęcią posłucham waszych rad.

środa, 5 kwietnia 2017

Słów kilka o pieniądzach

Ponoć dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach...

Ja dżentelmenem na szczęście nie jestem, a temat pieniędzy jest tematem niezwykle ważnym w dzisiejszych czasach... I chociaż nie potrzebuję ich w ilości niedawnej kumulacji w lotto [36 mln złotych ;)], bo do szczęścia potrzebuję tyle, żeby mieć dach, nad głową, co do garnka włożyć, być zdrowym i mieć ukochaną osobę u boku, to pieniądz potrzebny jest.
Pewnie oglądając telewizję czy słuchając radia, wy również jesteście bombardowani reklamami pożyczek, hipotek, kont, lokat itp.... a czy ktoś z was słyszał o IKE albo IKZE?
No, chyba, że akurat zwróciliście uwagę na reklamę Prudentiala o młodym bogu na emeryturze ;)


Byłam jakiś czas temu na spotkaniu rekrutacyjnym (oferta standardowa - pracownik biurowy; pan zaprosił na spotkanie, po czym okazało się, że nie tylko mnie, ale i z 10 innych osób, a stanowisko to doradca finansowy-a wciskanie innym kitu to nie moja bajka). Ale to spotkanie otworzyło mi trochę oczy jeśli chodzi o moje własne finanse - te bieżące, ale też oszczędności czy emeryturę. I chociaż byłam jedną z dwóch osób na sali, które wiedziały co to jest to wyżej wspomniane IKZE - bo na stronie internetowej mojego banku była informacja na ten temat - o tyle nie wiedziałam, na czym to polega, z czym to się je.

Wspomniane IKE (Indywidualne Konto Emerytalne) czy tez IKZE (Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego) jest trochę takim III filarem. Czy wiesz ile będzie wynosić twoja emerytura z ZUSu za paręnaście lub kilkadziesiąt lat? Moja będzie wynosić np. tyle:

Słabo, co? A może i nawet nie będzie to tyle, bo do tego czasu ZUS zbankrutuje i nie dostanę nic. Przeraża nie ta perspektywa.

Ale może wyjaśnię to na przykładzie mojego banku (ING) i IKZE: jest dobrowolne, możesz odłożyć na nim od 100 do 5115,60 (w roku 2017), pieniądze trzeba oszczędzać minimum 5 lat, a wypłacamy je dopiero po 65 roku życia - jednorazowo lub w ratach. W tym przypadku nie płacimy "podatku Belki" (czyli 19% podatku od odsetek). Możemy z IKZE zrezygnować również wcześniej, ale przy oprocentowaniu 0,7% zyski nie powalają, no i w takim przypadku podatek od odsetek musimy zapłacić.

A co, gdybym już teraz założyła sobie IKZE?

Już trochę lepiej... I to przy założeniu, że odłożę 1200 zł rocznie.

A przy kwocie maksymalnej, tj. 426 zł miesięcznie?

Robi wrażenie, prawda?

I nie chodzi mi tu o reklamę banku, bo nikt mi tu za nią nie płaci. Ale biorąc pod uwagę fakt, jak rząd pana Tuska zrobił ludzi w bambuko kradnąc środki z OFE... naprawdę musimy się sami zacząć troszczyć o swoje przyszłe emerytury... Zwłaszcza, że teraz na jedną emeryturę dają pieniądze dwie zatrudnione osoby a za 20-30 lat  jedna osoba pracująca będzie łożyć na dwie emerytury - trochę to przerażające....

Aha! I jeszcze dwie sprawy - pieniądze na IKZE można wpłacić raz w roku, lub zrobić stałe zlecenie i wpłacać miesięcznie mniejsze kwoty... A co ważniejsze - PIENIĄDZE WPŁACANE NA IKZE MOŻNA ODPISAĆ SOBIE OD PODATKU!. I tak, jeśli rozliczamy się PITem-37 i mamy 18% podatku, a na IKZE wpłacimy w 2017 roku 1200 zł to od podatku odpisujemy sobie 216 zł (czyli 18% z 1200 zł - do kwoty maksymalnie 1637 zł )


Jeśli zaś trochę się znamy, lub chcemy mieć wpływ na stan naszego zabezpieczenia emerytalnego możemy wybrać IKE - tu możemy wpłacić do 12789 zł (w 2017 r.), ale też możemy mieć wpływ na to jak zainwestowane będą nasze pieniądze - czy w miarę bezpieczne, ale nisko oprocentowane obligacje, czy w bardziej ryzykowne, ale i też lepiej zarabiające fundusze inwestycyjne.

I nie mówcie - gdyby to było takie dobre, to przecież reklamowali by to w telewizji, gazety by o tym pisały... No nie do końca - 500+ i inne obietnice wyborcze obecnego rządu kosztują.... a gdyby ludzie nagminnie zaczęli odpisywać sobie te oszczędności od podatku, zasoby budżetowy by się zbytnio skurczyły...


Najważniejsze, żeby zacząć myśleć o tym już teraz. Tendencja Polaków do "jakoś to będzie" i "mam jeszcze czas, pomyślę o tym za 10-20 lat" nie jest najlepszym rozwiązaniem... Zwłaszcza, jeśli nie chcemy w przyszłości wybierać: czy kupić leki, czy jedzenie, a może zapłacić rachunki? Bo na wszystko nie będzie nas stać, mimo, że cale życie przykładnie pracowaliśmy i płaciliśmy do kasy państwa niemałe pieniądze... Smutne, ale jakże prawdziwe...

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Moda na hygge

Spotkaliście się już z terminem "hygge"? Myślałam, że tylko w USA oszaleli na punkcie tej duńskiej filozofii, ale coraz częściej spotykam ją i w "polskim" internecie.

Ogólnie rzecz biorąc hygge to sposób życia, celebrowanie go, czerpanie radości z codziennych drobnych przyjemności - jak kolacja w domu z przyjaciółmi, gorąca kąpiel w wannie pełnej piany i z płonącymi świeczkami dookoła, czy zatonięcie w lekturze książki, pod ciepłym kocem i z kubkiem ulubionej herbaty w ręce.

Hygge to wszystko co sprawia, że czujemy ciepło w okolicy serca, co daje nam radość, co sprawia, że co wieczór zasypiamy szczęśliwi. Może dlatego kwintesencją hygge jest ogień, świece i ogólnie pojęte ciepło....Bo o to ciepło w głównej mierze chodzi - i to fizyczne pod postacią świec, ognia w kominku, wełnianych skarpet czy puchatego koca, i to metaforyczne - ciepło domowego ogniska, utrzymywanie głębokich relacji z rodziną i przyjaciółmi.



Myślę, że ten boom na hygge bierze się po trochu z tego szaleńczego trybu życia, jaki narzucają ludziom wielkie koncerny i telewizja - byle więcej, byle szybciej... Po co gotować obiad w domu, lepiej kupić coś na wynos, szybko zjeść, wyrzucić pudełko i dalej bezmyślnie gapić się w telewizor, albo wrócić do pracy, bo terminy gonią.

To jedna z takich sytuacji, kiedy wydaje mi się, że już nikt nie gotuje w domu zupy pomidorowej, czy nie piecze na niedzielę murzynka... Bo niby jak, skoro obserwując ludzi mieszkających na moim osiedlu, nie widuje się tu osób idących do domu z zakupami....za to dostawcy jedzenia na wynos są codziennymi gośćmi. Mam wrażenie, że jestem jakąś kosmitką, bo tylko chodzę w tę i z powrotem z zakupami, torbami, pakunkami... Że nawet głupią pizzę zamiast zamówić wolimy zrobić sami, z naturalnych, sprawdzonych składników, celebrując nie tylko jedzenie ale i wspólne przygotowanie posiłków - poza tym bądźmy szczerzy, pizza z własnoręcznie zebranymi leśnymi kurkami smakuje o niebo lepiej od tej z nadmuchanymi pieczarkami ze sklepu ;)

To w ramach dziennej porcji hygge w moim życiu idę wysłać wielkanocne życzenia, tradycyjnie za pomocą poczty - w końcu nic nie zastąpi świątecznej kartki... Miłego popołudnia :)

czwartek, 23 marca 2017

wiosenne przebudzenie

U was też tak przepięknie świeci słonko? W Olsztynie wczoraj była przepiękna pogoda, dziś też jest ładnie - aż chce się wyjść :) zachęciło mnie to do wyciągnięcia schowanych na zimę donic i pierwsze wysiewy - w końcu to, że mieszkam na trzecim piętrze, w bloku, nie musi oznaczać, że mam się nie cieszyć z własnej sałaty czy rzodkiewki :) dziś już pierwsze zostały wysiane i teraz tylko podlewać i czekać aż urosną.
Przy okazji dzisiejszych zakupów nie mogłam się również powstrzymać i przyniosłam kilka piękności - pierwsze kwiaty po zimie zawsze dają najwięcej radości...





Z racji słońca powiesiłam również na balkonie fotel sznurkowy - kawa w nim smakuje o niebo lepiej.

Coraz bardziej czuć wiosnę w powietrzu... Moje siewki, które do szklarenki poszły 13.03


dziś wyglądają już tak


Oczywiście nie wszystkie jeszcze wzeszły, ale już szykuję się powoli na ich przepikowanie do pojedynczych pojemników, żeby mogły sobie spokojnie rosnąć dalej.


A jak u was wyglądają pierwsze dni wiosny?