czwartek, 17 sierpnia 2017

Szafa wnękowa II (w korytarzu)

Tak nam dobrze szlo z pierwszą szafą, że postanowiliśmy zmajstrować jedną również w korytarzu ;)

Mamy trochę dziwny układ korytarza, dodatkowo problem stwarzają elementy konstrukcyjne (podpora dachu w tym wypadku) i rurka od gazu biegnąca pod sufitem, ale uznaliśmy, że szafa zamiast dwóch (nie mieściliśmy się już na jednym) wieszaków w przedpokoju będzie lepszym rozwiązaniem.

Na początek trzeba było wyprowadzić niewielką ściankę, ponieważ krzywizna ściany nie pozwalałaby na dobre zamykanie się szafy. Ma ona kształt trójkąta i wygląda tak:


Przy okazji zmieniliśmy też oświetlenie - zamiast jednego plafonu na dwie żarówki, który dawał bardzo mało światła mamy teraz 6 oczek ledowych, a w korytarzu jest jasno jak w dzień, a nie ciemno jak w grobie... ;)
oczka ledowe

Reszta przebiegała już podobnie do poprzedniej szafy, z tą różnicą, że fronty nie będą łączone, tylko jednolite.
Najpierw wyrysowaliśmy linie, gdzie będą przymocowane półki. Odnośnie tych lini zaznaczyliśmy miejsca wiercenia na kołki rozporowe - znów potrzebowaliśmy dwóch rozmiarów wierteł i dwóch rodzajów kołków (inne do płyty k-g, inne do ściany z cegieł i betonowej podłogi). Po przymocowaniu półek zamocowaliśmy również reling. Jako, że jedna ściana ustawiona jest pod dość sporym kątem, zdecydowaliśmy się na zamocowanie relingu do spodniej części półki.

Tak samo jak w poprzednim przypadku zrobiliśmy "obramówkę" z płyty w tej samej okleinie co drzwi szafy (płyta laminowana Kronopol Dąb Antyczny).

Płyta laminowana Dąb Antyczny; źródło: http://www.swisskrono.pl

Elementy te nie były w ogóle oklejane na linii cięcia, znów zastosowaliśmy ceowniki aluminiowe w kolorze szampańskim.

szafa jeszcze bez zamontowanych drzwi
Na zdjęciu powyżej widać nie tylko reling ale i wieszak, który zamocowaliśmy na bocznej ścianie - aby jak najlepiej wykorzystać wnętrze szafy.

szafa w całości
Muszę przyznać, że patent z rysowaniem linii sprawdza się jak mało co, zwłaszcza u osób, które nie mają zbytnio wyobraźni przestrzennej, jak mój L.. Daje nie tylko lepszy pogląd na rozplanowanie wnętrza szafy, ale też łatwiej zorientować się, jakie gabaryty szafa będzie miała.

Jak wam się podoba szafa? Naszym zdaniem wygląda, jakby zawsze tam była... ;)

piątek, 11 sierpnia 2017

Szyciowa mordęga, czyli krótki wpis desperatki

Spodobały mi się spodnie w Burdzie (Nr 3/2012): fajny krój (retro), ponoć proste w uszyciu (a jestem początkującym adeptem szycia, więc nie porywam się na jakieś trudne wzory).

Zdjęcie strony z Burdy
zdjęcie ze strony: www.burda.pl

Pomyślałam sobie - mam trochę czasu, płócienny materiał zalega mi już drugi rok w pudle, to biorę się za szycie! Tak więc przekopiowałam sobie części wykrojów (zgodnie z moim rozmiarem), ułożyłam na materiale i przypięłam, dodałam zapasy na szwy i wycięłam. Otwieram gazetę na opisie wykonania: przód nogawki zczepić z tyłem prawą stroną do środka - ok, zrobione - przeszyć boki nogawek - banał. Przeszyć wnętrza nogawek - banał. Połączyć obie nogawki i przeszyć tył i fragment przodu do zamka - szybka piłka. No i tu zaczął się problem, bo reszta opisu szycia był dla mnie kompletną abstrakcją - poczynając od kierunku złożenia zakładek na przedzie, przez wszycie zamka, że o pasie i różnych odszyciach przodu i tyłu nie wspomnę. Kieszenie wszyłam trochę na przypał, bo dzień wcześniej skończyłam szyć spodenki z "Burda. Szkoła szycia (nr 1/2015) i mniej więcej wiedziałam jak się za to zabrać. "Lamówki" przy kieszeniach też jakoś wszyłam.






Ale reszta? Czarna magia :( Na próbę spróbowałam sfastrygować ten pas, żeby może chociaż zobaczyć czy to ma sens, ale coś mi się rozłazi :( i tak leżą te spodnie takie niedokończone a ja nie wiem jak je zmontować do kupy, żeby to jakoś wyglądało. Może macie jakieś pomysły? HELP!!!

A tak wyglądają te opisy z Burdy, których kompletnie nie rozumiem :/
źródło: Burda 3/2012

źródło: Burda 3/2012
Ktoś? Coś? Z chęcią przyjmę każdą pomoc.

wtorek, 25 lipca 2017

Szafa wnękowa I (z regałem)

Przyszła pora na szafę. Zabieraliśmy się za nią w sumie już od roku. Wiedzieliśmy doskonale, że nas to nie ominie, ale zabieraliśmy się za to jak przysłowiowy "pies za jeża".

Największą trudnością był słup konstrukcyjny stojący sobie w najlepsze na środku pokoju. Ktoś miał również ułańską fantazję i dokleił do niego murek. Ktoś następny dodał półki. I tak stało to na środku w sumie tylko przeszkadzając i łapiąc kurz.
Tu już półki częściowo rozebrane
Na pierwszy ogień poszła więc demolka - zdemontowaliśmy półki, rozebraliśmy obudowę słupa, rozbiliśmy murek. I tak została nam dziura w panelach (którą jeszcze nie wiemy jak zakleić, bo jest na środku pokoju) i słup, który na wszelki wypadek przetarliśmy papierem ściernym i zaimpregnowaliśmy bejcą.
Zaimpregnowany słupek
Zaopatrzyliśmy się w płyty z karton-gipsu, aluminiowe profile i kątowniki, śruby, kołki, siatkę do połączeń i taśmę fizelinową. I wzięliśmy się za robotę. Przemyślenia odnośnie "jak to, kurczę, zrobić" zajęły nam sporo czasu przed. Było również parę koncepcji, ale ostatecznego kształtu nabierało to w trakcie stawiania - czasem tylko ze względów czysto praktycznych, bo, np. nie można było fizycznie zrobić czegoś, co planowaliśmy. Ciężko było w ogóle znaleźć w przepastnych zasobach internetu jakiś film instruktażowy odnośnie budowania ścian z kątami lub zabudowywania "dziwnych" przestrzeni, dlatego musieliśmy poradzić sobie sami.
Na początku zbudowaliśmy szkielet:
Dolne i górne profile (profil C, szerokości 3 cm)  przymocowaliśmy na kołki szybkiego montażu. Zaczęliśmy od najdłuższej ściany, następnie ustawiliśmy prostopadłą do niej pierwszą krótką ścianę, kolejną krótką prostopadłą i dosłownie kawałek łączący trzecią ścianę ze słupkiem. Całość wyglądała tak:
Szkielet z profili aluminiowych o szerokości 2,5 cm
Na szkielet zaczęliśmy przymocowywać na wkręty płyty z karton-gipsu.  Następnie, już według standardu zakleiliśmy "łebki" wkrętów szpachlą gipsową. Gdy wyschła pokryliśmy nią całą ścianę cienką warstwą. A gdy ta wyschła, drugą jej warstwą. Na koniec nałożyliśmy trzecią warstwę, tym razem gładź typu 'finish'. A na zupełny pokryliśmy ją dwoma warstwami białej farby ściennej.
zamocowana płyta z karton-gipsu
płyty pokryte gładzią szpachlową
 Następnie na ścianach rozrysowaliśmy sobie naszą szafę - wszystkie półki i ściany pionowe - nawet nie wiecie, jak to nam później ułatwiło pracę! I jeśli myślicie, że skoro pan na youtubie stawia szafę sam, bez niczyjej pomocy, podpierając sobie płyty głową a kąty łapiąc "z powietrza" - to NIE!, to tak na pewno nie działa. ;) Ale są sposoby, dzięki którym dwie osoby mogą postawić wnętrze szafy w kilka godzin.
Ale wracając do meritum - rozrysowanie pomogło nam nie tylko w zwizualizowaniu sobie wyglądu szafy, ale również w wyliczeniu ile chcemy półek i jakie mają mieć wymiary oraz jakie wymiary mają mieć ściany pionowe. A w późniejszym etapie również w mocowaniu półek.

Pojechaliśmy więc do hurtowni meblowej zamówić płyty. Wcześniej zjeździliśmy już wszystkie jakie znaleźliśmy w Olsztynie i wybraliśmy z wystaw płyty, które się nam spodobały - wyobraźcie sobie, że było okrutnie z tym ciężko, bo praktycznie niedostępne są już płyty zdobione, są jedynie gładkie kolorowe, lakierowane lub o strukturze drewna ( :( ). No ale z braku laku wybraliśmy dwa kolory: Rigoletto i Limba firmy Kronopol, z tym, że chcieliśmy, aby słoje nie układały się w pionie, ale w poziomie.
płyta laminowana Limba (źródło: http://www.swisskrono.pl/mdm/Plyty-laminowane)

Płyta laminowana Rigoletto (źródło: http://www.swisskrono.pl/mdm/Plyty-laminowane)
Ale pan w hurtowni ukrócił nasze zapędy informacją, że płyty Limba już nie produkują, więc dobraliśmy inną, podobną, o nazwie Jesion Moskwa, również firmy Kronopol (na żywo nie jest aż taki biały).
płyta laminowana Jesion Moskwa (źródło: http://www.swisskrono.pl/mdm/Plyty-laminowane)
Do tego wnętrze szafy docięli nam ze zwykłej białej laminowanej płyty - opcja budżetowa, taka płyta kosztowała jedynie 107 zł za szt).

Czekając aż dotną i okleją nam płyty na pożądane wymiary L. zrobił oczka ledowe - i tak było wyprowadzony kabel do tego miejsca (tak, wiem, strasznie to dziwne miejsce na żyrandol, po drugiej stronie pokoju też był on w tym miejscu).

Jak tylko docięli nam płyty trzeba je było wtaszczyć na to nasze 3 piętro... a trochę ich było - pocięte 4 płyty o ogólnych wymiarach 2,80 x 2,07 m, a ważyły chyba z tonę. Wnosiliśmy też wszystkie okucia do szafy (ceowniki, rączki, tor górny i dolny, wsporniki do półek, kółka górne, wózki dolne, podpórki do półek, szczotki odbojowe i przeciwkurzowe, wkręty i klipsy do torów), reling (kupiliśmy taki długi, ok 2m i cięliśmy go zwykłą piłką do metalu na potrzebne odcinki), metalowe kątowniki i masę kołków szybkiego montażu i kołków wkręcanych do płyt z karton-gipsu. Podczas tego remontu staliśmy się niemal codziennymi bywalcami marketów budowlanych ;)
obraz nędzy i rozpaczy - cała podłoga zasłana elementami konstrukcujnymi, płytami itp.

Po wniesieniu tego wszystkiego do mieszkania wzięliśmy się za robotę. Najpierw zamocowaliśmy pionowe ścianki działowe na kątowniki (do podłogi i ściany) a następnie już do tych ścianek i ścian krańcowych montowaliśmy półki na specjalne wsporniki do półek.


wnętrze szafy
Teraz przyszedł czas na montaż płyt bocznych, będących "obramówką" szafy. Poprosiliśmy o wycięcie czterech długich i wąskich elementów z ciemnej płyty (11x250 cm i 11x235cm). Nie były one obklejane, zamontowaliśmy na nie ceowniki (po grubości). Przymocowaliśmy te elementy do podłogi, sufitu i ścian. Dopiero na to zamocowaliśmy tor górny (na wkręty) i tor dolny (na klipsy - fajne rozwiązanie, bo nie widać wkrętów/śrubek).

Przyszła pora na złożenie drzwi. na krótki, ciemny element zamocowaliśmy z obu stron łączniki i dopiero potem mocowaliśmy jasne płyty. Kiedy już te trzy płyty były razem mocowaliśmy rączki (w tej pozycji, bo rączki miały 2,75m, a sufit mamy na 2,5 m) i dopiero po zamontowaniu docinaliśmy je do długości drzwi. potem mocowaliśmy ceownik na górnym i dolnym rancie drzwi, a na koniec przykręciliśmy wózek dolny i górne kółka. Z ceownikiem dolnym było trochę zabawy, bo trzeba było odciąć tył i dół po obu stronach, robiąc miejsce na kółka (w dolnej płycie muszą być specjalne otwory na wózki).


 A tak wyglądają drzwi po włożeniu w tory i wyregulowaniu dolnych wózków:
Szafa w całej okazałości
Po złożeniu szafy wzięliśmy się za regał. Nauczeni doświadczeniami z szafy skończyliśmy montowanie 9 pólek w ok 2 godziny. Najpierw rozmierzyliśmy odległości i narysowaliśmy linie. Następnie nawierciliśmy otwory na kołki rozporowe, założyliśmy te kołki i lecąc już od góry po kolei montowaliśmy półka po półce. A oto efekt:
Regał na książki
I wygląd całości:

I dla porównania wersja sprzed:
Całość kosztowała ułamek ceny (ok. 1700 zł), ale sporo własnej pracy. W zeszłym roku robiliśmy mały rekonesans, to za szafę tej wielkości pan zaśpiewał minimum 3000 zł (i to bez ścianki działowej, elektryki i regału).
Wszystko zrobiliśmy sami, w większości mój L. (ja byłam jedynie pomocnikiem majstra i zrobiłam wyliczenia wnętrza szafy, frontów i półek regału).
I co myślicie o tej samoróbce?

piątek, 14 lipca 2017

roboty na wysokościach cz.2 - ława

Tak jak obiecałam, dziś będzie druga część posta o robotach na wysokości ;) czasem się zastanawiam co sobie o nas sąsiedzi myślą - ciągle łazimy a to z dechami, a to z płytami, jakimiś kantówkami i innymi dziwnymi rzeczami... Ze dwa miesiące temu - przed samą Wielkanocą -  kupiliśmy sobie nawet krajzegę (taką małą, "stołową") i piłujemy - a to na tym naszym trzecim piętrze, a to w piwnicy ;)

Już w zeszłym roku kupiłam kantówkę 4,5x4,5 cm i trzy listwy 2,5x5cm z myślą o tym projekcie, ale jakoś chyba musiało to nabrać tzw "mocy urzędowej" jak to zwykła mówić moja mama ;) Z tą myślą wybrałam sobie również prezent urodzinowy - czyli zestaw do mocownia kieszeniowego o nazwie 'undercover jig', który również ma nam pomóc przy tym i innych "drewnianych" projektach.
Przy jednej z majowych wizyt w markecie budowlanym kupiliśmy dwie płyty, a właściwie nazwane to jest "półka świerkowa klejona"... o wymiarach 120x60 cm i 100x40 cm.

Także mocy w końcu nabrało i w ten sposób powstała wymarzona ława. I to za ułamek ceny, jaką podobne rzeczy kosztują w sklepie, czy nawet na allegro.

Ale po kolei... plan był taki:

Rys. Stolik - pomysł

A budowa zajęła dwóm niewprawnym osobom ok 3 godziny. I to z wykorzystaniem podstawowych narzędzi: piłki (nie mieliśmy nawet piłki do drewna, tylko taką drobną do metalu), wiertarki, wkrętarki, śrubokrętu i już nie tak podstawowego, ale wspomnianego powyżej zestawu do połączeń kieszeniowych.  Do tego garść wkrętów i 4 drewniane kołki (czopy?) i można było zacząć pracę.

Na kantówce odmierzyliśmy długość nóg - 50 cm - pocięliśmy ją piłką i wygładziliśmy papierem ściernym (P80) miejsca cięcia. Następnie odmierzyliśmy na większym blacie umiejscowienie mniejszego blatu i nóg (miały one być w rogach naszej półki). Zaznaczyliśmy je ołówkiem.

Z półki wycięliśmy rogi na wymiary 4,5 x 4,5 cm (grubość nóg).

Rys. Półka z odciętymi rogami (wymiary)

Następnie na listewkach odmierzyliśmy  4 kawałki po 91 cm i 4 kawałki po 31 cm na wsporniki pod blat (takie odległości wyszły nam pomiędzy nogami stołu po ich umiejscowieniu).
W każdym z tych elementów nawierciliśmy 4 otwory kieszeniowe (po dwa z każdej strony). Przy użyciu tego samego wiertła nawierciliśmy również otwory do mocowania półki i blatu - na krótszych elementach po jednym otworze na środku,  na dłuższych po dwa otwory (mniej więcej w 1/3 i 2/3 długości).

Teraz już było z górki. Na nogach wymierzyliśmy wysokość 20 cm (na tej wysokości chcieliśmy mieć półkę) i zaznaczyliśmy ją na dwóch ścianach każdej z nóg. Następnie skręciliśmy po dwie nogi za pomocą krótszego elementu na wysokości zaznaczenia. Pierwotnie rama wsporników miała być po zewnętrznej stronie, ale baliśmy się, że śruby przebiją się na zewnątrz i zniszczą trochę nogi naszej ławy, więc daliśmy je po wewnętrznej krawędzi (otwór do mocowania blatu musi być od dołu).

Rys. Nogi - połączenie
Dodatkowo na każdej nodze wywierciliśmy otwór na drewniany kołek, który jeszcze bardziej ustabilizuje konstrukcję.
Następnie połączyliśmy pary nóg dłuższymi elementami (w tym przypadku również kieszenie na śrubki muszą być od środka, a te do mocowania półki od dołu).
Po skręceniu do kupy wszystkich nóg założyliśmy półkę i przykręciliśmy ją od dołu.


Gdy już półka została zamocowana analogicznie skręciliśmy górną ramę, przy samym krańcu nóg, a w otwory w górnej części nóg wkleiliśmy kołki.


Gdy już rama została przykręcona do nóg na podłodze położyliśmy blat (oznaczeniami do góry), na to - do góry nogami - położyliśmy cały szkielet ławy (ten niebieski pyłek na kołku to ślad kredki, dzięki któremu po odwróceniu i przystawieniu do blatu wiedzieliśmy gdzie nawiercić płytkie otwory, żeby skleić obie części) i przykręciliśmy blat do szkieletu. I voila! ława gotowa.


Na koniec pociągnęliśmy półkę i blat bejcą - kolor: ciemny orzech - i dwiema warstwami bezbarwnego lakieru (sama bejca dawała zbyt tępe wykończenie i ciężko było blat choćby przetrzeć) a nogi i ramy pomalowaliśmy jedną warstwą białego gruntu do drewna.

Oczywiście my zawsze robimy rzeczy nie w takiej kolejności jak trzeba, więc najpierw ławę skręciliśmy, po czym stwierdziliśmy że ją dodatkowo wzmocnimy czopami i pomalujemy, dlatego zdjęcia są z różnych etapów. Wam jednak radzę - jeśli ktoś zdecyduje się też zrobić sobie taką ławę - robić wszystko po kolei i najpierw wszystkie elementy dociąć i nawiercić, następnie pomalować, a na końcu skręcić ;)

A tak wygląda efekt końcowy:


Koszt wykonania takiej ławy to ok 200 zł.

Jak wam się podoba?

środa, 5 lipca 2017

Leśne ludki

I ja i mój L. wychowaliśmy się na wsi. I choć nasze mieszkanie w bloku nam na ten czas odpowiada (głównie dlatego, że jest położone na obrzeżach miasta, na cichym zielonym osiedlu wśród niewysokiej zabudowy) to jednak na wsi odżywamy. Możemy godzinami chodzić po lesie - zbierając grzyby lub tylko spacerując. L. potrafi pół dnia rąbać drewno, ja mogę cały dzień spędzać w ogrodzie.

łąka - kwitnące maki, chabry i rumianki

W ostatnią sobotę na przykład wyjechaliśmy pod miasto w poszukiwaniu ostatnich jeszcze baldachów czarnego bzu. Ale błądząc po bezdrożach nazbieraliśmy nie tylko obłędnie pachnące kwiaty - znaleźliśmy też garść kurek, trochę poziomek i jagód, a nawet kwiaty dziurawca. Te ostatnie po przesuszeniu powędrują aż do Hamburga, do mojej ciotki, która interesuje się ziołolecznictwem i chce sobie zrobić dziurawcową maść.



Jagody i poziomki wykorzystałam od razu do rolady biszkoptowej z kemem z bitej śmietany i serka mascarpone, natomiast kurki powędrowały do niedzielnej jajecznicy.

rolada biszkoptowa z kremem z bitej śmietany i mascarpone z jagodami i poziomkami


Kwiaty bzu przerobiłam w dwójnasób - część przerobiłam na nalewkę, a resztę na wino.

Wino z bzu
Kwiaty bzu (odcięte od łodyżek-ok 30-40 baldachów) wrzuciłam do wrzątku (ok 4 l) i zostawiłam na 24 godziny, aż oddały cały aromat do wody. Następnie przelałam do gąsiorka, dodałam drożdży i syropu cukrowego (3 l wody + 3 kg cukru) i odstawiłam w ciepłe miejsce. Za 2-3 tygodnie okaże się, czy winko będzie się nadawało do wypicia.

Nalewka z kwiatów bzu
ok 50 baldachów bzu
2 cytryny
3 l wody
2 kg cukru
1,5 l spirytusu

Nalewka z kwiatów czarnego bzu

Z wody i cukru ugotować syrop. Kiedy się zagotuje wlać sok wyciśnięty z cytryn i wrzucić kwiaty bzu (odcięte od łodyżek). Odstawić na 24 godziny w chłodne miejsce. Po tym czasie odcedzić, kwiaty odcisnąć i wyrzucić. Następnie syrop wymieszać ze spirytusem, przelać do butelek i zostawić aż się przegryzie (na początku jest dosyć ostry i zbyt słodki) - wystarczy nawet kilka dni.
Syrop można zrobić mniej słodki, można dodać mniej soku z cytryny - w sumie proporcje są dowolne, ja zawsze robię nalewki "na oko", tak, żeby trafiały w nasz smak.

Smacznego :)

wtorek, 9 maja 2017

roboty na wysokościach cz. 1

Żyjemy w takich czasach, że wszystko można kupić, prawda? No nie do końca.... Od roku szukamy ławy do pokoju - nie ma takiej, jaką byśmy chcieli. Kratki na balkon te nie ma nigdzie takiej jaka nam odpowiada.

Czyli niby wszystko jest a nie ma...kto by pomyślał, że kratka nożycowa 180 x 180 cm jest takim rarytasem ;) Także w jednym z marketów budowlanych kupiliśmy kratkę zwykłą, z listewkami pod kątem prostym, o taką (kosztowała chyba z 56 zł):

Zdjęcie z internetu

Po czym przez dwadzieścia minut, pod marketem, rozkładaliśmy ją na części pierwsze - była pozczepiana na zszywki (:O) A później przez dwie godziny wyciągaliśmy te zszywki w domu i lakierowaliśmy każdą listewkę z osobna. I kiedy już myśleliśmy, że będzie z górki okazało się, że wkręty, którymi chcemy poskręcać naszą kratkę są za duże i przez nie pękają listewki, a szukając w sklepach mniejszych, nie ma takich jakich nam trzeba - za co się nie zabrać, wszystko się plącze...

Po pierwszym dniu kratka wyglądała tak:



i zajmowała nam pół salonu ;) Ale w sobotę dokupiliśmy wkrętów i już dokończyliśmy dzieła...

Tak, to drewno z tyłu to część kolejnego projektu ;)

Całość zamontowaliśmy na balkonie mocując kratkę do balustrady na pięć trytytek. Dosłownie. A trzyma się tak, że chyba prędzej listewki pękną, niż się kratka oderwie ;)

 

Na dole mam zamiar umieścić doniczki z jednorocznymi pnączami, które zajmują mi póki co połowę parapetu w dużym pokoju ;) ale czekam do przyszłego tygodnia, bo zapowiadają u nas jeszcze opady śniegu i przymrozki....


Taka piękna sobota przekonała nas, żeby urządzić sobie w niedzielę grilla w plenerze. Od razu pomyśleliśmy o "naszej" letniej miejscówce - fajna plaża nad jeziorkiem, jakieś 20 km od Olsztyna. Niestety pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa i zanim djechaliśmy zerwało się takie wiatrzycho, że nad jeziorem urywało głowę. Poszukaliśmy więc zjazdu w leśną ścieżkę i odkryliśmy zaciszne miejsce, które jako tako nadawało się, żeby móc się zatrzymać i rozstawić grilla. 


Jak pomyśleli, tak zrobili. Ledwo węgiel zajął się ogniem, pogoda całkiem odmówiła współpracy i zaczął siąpić deszcz.
I to był pierwszy raz, kiedy cieszyłam się z samochodu w kombi... Otworzyliśmy bagażnik, klapa była naszym daszkiem, a grill zbytnio nie ucierpiał od siąpiącego deszczu- sami popatrzcie ;)



Także mimo niezbyt udanej pogody cieszyliśmy się smakiem skrzydełek, kaszanki, kiszki ziemniaczanej, pieczonego camemberta z dżemem żurawinowym i grillowanej cukinii, a wszystkiemu świeżości dodały pomidory malinowe ze szczypiorkiem. Pyyycha. Nawet deszcz z nami nie wygrał, a ten piknik na długo pozostanie w pamięci ;)

Przy okazji sprawdziłam, jak wyglądają pędy sosny. Pogoda nas w tym roku nie rozpieszcza, więc nie zdążyły one jeszcze zbyt urosnąć, a wyczytałam ostatnio, że najlepsze są takie mające 10-12 cm długości. Do tej pory nie zwracałam jakoś szczególnej uwagi na ich długość i rwałam jak leciało, a syrop na kaszel i gardło działał jak należy, więc chyba nie ma się czym przejmować. 
Także myślę, że w następny weekend wybiorę się na zbiory pędów do wyrobu syropu sosnowego (przepis podałam kiedyś o w TYM poście, na jego końcu).
A same pędy wyglądają tak: 

Rozpisałam się dziś, a tu niepostrzeżenie północ wibiła. Także teraz idę spać, ale zapraszam na drugą część tego postu - mam nadzieję, że już niebawem - bo te nasze roboty na wysokościach jakoś nie chcą się skończyć, tylko wciąż nowe i nowe się nam rodzą w głowach. Póki co w planie jest wspomniana wcześniej ława, dwie szafy, wnęka z półkami na książki i sporo babrania przy przerabianiu świateł w salonie i korytarzu. Także zmiany, zmiany, zmiany ;) a niby przyszliśmy do gotowego, w dużej części umeblowaanego mieszkania...

Mam nadzieję, że będziecie nam towarzyszyć w tych naszych zmaganiach, a może i podpowiecie czy wam się podoba co wyczyniamy - każda rada będzie mile widziana :)