Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2013

wiła wianki, piekła ciastka i hasała na śniegu

Okres adwentu już od wielu lat kojarzy mi się z adwentowymi wieńcami i girlandami oraz z pieczeniem ciasteczek :) Zazwyczaj są to niemieckie Linzer Sterne i Zimtsterne, a od kilku lat również Mincemeat Pies. Bardzo lubię to celebrację, radosnego w końcu, okresu oczekiwania na Boże Narodzenie - zakładam grube skarpety, zapalam mnóstwo świec i świątecznych lampek, słucham świątecznych piosenek, pogryzam ciasteczka, które popijam gorącą czekoladą (czasem z rumem, na rozgrzewkę) i rozkoszuję się tą grudniowo-świąteczną atmosferą.

Świąteczne przygotowania rozpoczęłam pierwszego grudnia od wianków. Może nie wszystkie wianki wiłam - jeden, tradycyjnie już, świerkowy, drugi z brzozowych gałązek, a trzeci podpatrzony na pinterest: na styropianowej bazie przyklejone różnej wielkości plastikowe bombki. I wszystkie podobają mi się niezmiernie :)
Wianek świerkowy jest bazą do wieńca adwentowego na stół. Dodałam do niego sztuczne, brokatowe gałązki ostrokrzewu w czerwieni i złocie oraz czerwoną pachnącą świątecznie świecę. Całość wylądowała na złotym talerzu na jadalnianym stole. Po zastanowieniu dorzuciłam garść orzechów laskowych i kilka orzechów włoskich - pomalowanych na złoto- oraz kilka długich lasek cynamonu.


Wianek gałązkowy ozdobiłam nanizanymi na drucik florystyczny sztucznymi perełkami i perłową girlandą.


Wianek bombkowy wisi póki co w oknie sypialni i już stanowi namiastkę świątecznej dekoracji.


W sobotę z kolei całe popołudnie spędziłam w kuchni na pieczeniu adwentowych ciasteczek. Na równi ze świerkowymi wiankami i girlandami to taka nasza mała tradycja przedświąteczna. Zdarzało się, że ciastka trzeba było dopiekać, bo jakoś w magiczny sposób znikały z puszek zanim się ktokolwiek zorientował...

Tradycyjnie już zagniatałam, wykrawałam i piekłam cynamonowe gwiazdki i przekładane ciastka z konfiturą malinowo-pomarańczową, oraz robiłam nadzienie do mincemeat pies (choć z mielonym mięsem nie mają one nic wspólnego). Jeśli ktoś z was jest chętny na wypróbowanie ciastek poniżej zamieszczam przepisy.

Linzer Sterne
 składniki na ok 50 szt

200 g masła
150 g cukru
1 żółtko
100 g zmielonych orzechów laskowych
100 g migdałów
200 g mąki
1 łyżeczka cynamonu
szczypta mielonych goździków

mąka do wałkowania
100 g konfitury malinowej
cukier puder do posypania


Masło, cukier i żółtka utrzeć na puszystą masę. Dodać zmielone orzechy i migdały, mąkę, cynamon oraz goździki. Ciasto zagnieść, zawinąć w folię i włożyć do zamrażarki na godzinę. Po wyjęciu dość cienko rozwałkować (ok 2-3 mm) i wycinać ciasteczka okrągłą foremką o średnicy ok 4 cm. W połowie ciastek wyciąć małą gwiazdkę (lub kółeczko, serduszko). Placuszki bez otworu posmarować na środku konfiturami i przykryć placuszkami z otworem.
Układać na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i piec 12-15 minut w temperaturze 175°C na złotobrązowy kolor. Posypać cukrem pudrem. 
Można przechowywać w metalowej puszce lub innym szczelnie zamkniętym pojemniku nawet 3 tygodnie (dłużej nigdy nie stały).

Linzer Sterne - przekładane ciastka z konfiturą malinowo-pomarańczową

Zimtsterne
skł na ok 40 ciastek

100 g zmielonych orzechów laskowych
125 g zmielonych migdałów
2 białka
szczypta soli
1/2 łyżeczki soku z cytryny
125 g cukru pudru
2 łyżeczki cukru waniliowego
1 łyżka mielonego cynamonu

cukier do wałkowania
ewentualnie cynamon do ozdoby

Z białek, soli i soku z cytryny ubić pianę. Dodać cukier i ubijać aż się rozpuści. Odłożyć 3 łyżki masy, a do reszty dodać cukier waniliowy, cynamon, orzechy i 100 g migdałów. Zagnieść i odłożyć w chłodne miejsce na 2 godziny. Blat posypać cukrem i resztą migdałów, ciasto rozwałkować na grubość 3/4 cm, wycinać gwiazdki, posmarować po wierzchu resztą piany zmieszaną z kilkoma kroplami wody. Piec 15-18 min w temp. 150°C, wystudzić. Można na koniec posypać cynamonem.

Zimtsterne - cynamonowe gwiazki

A jeśli chodzi o wspomniane w tytule hasanie na śniegu - no cóż, w końcu i nad Warmię przywiało śnieżne chmurzyska i sypało przez dobre trzy dni. Na szczęście nie odcięło mnie zupełnie od świata, a śnieg był wspaniałą wymówką, by powygłupiać się trochę na sankach, porzucać śnieżkami i poczuć się znów trochę jak dziecko.

A jak Wasze pierwsze w tym roku doświadczenia ze śniegiem?

Ściskam Was gorąco!

wtorek, 3 września 2013

w międzyczasie - czyli zakupowy szał

Jakoś ciężko mi się ogarnąć żeby pokazać weselne dekoracje. Najgorzej jest ze zdjęciami... Mam nadzieję, że jeszcze w tym tygodniu dam radę go skończyć. Poza tym staram się go zrobić na oddzielnej stronie w osobnym poście, ale z tego co czytałam to mam marne szanse na bloggerze na takie wymysły :/

 W międzyczasie miałam jeszcze chrzest mojego siostrzeńca, z którego dekoracje też chciałam wam pokazać - ale oczywiście jak zwykle zapomniałam porobić zdjęcia :/ no cóż, taka moja natura i chyba się już nie zmienię.

Ale co najgorsze - wpadłam w jakiś zakupowy szał! Najpierw dekoracje ślubne (ok, nie za moje pieniądze, ale to one wszystko zapoczątkowały!!!), później dekoracje na chrzest i jakieś duperele (bo akurat byłam w hurtowni, zobaczyłam je i wprost nie mogłam się powstrzymać), barwniki i aromaty spożywcze (przecież zawsze się przydadzą), a do nich oczywiście pojemniczki, bo woreczki strunowe to kiepski patent. Żeby tego było mało, to wczoraj zaszłam do Pepco i znów się obkupiłam - kiedy zobaczyłam stojak do książki kucharskiej za 30 zł nie mogłam go nie kupić. A będąc w domu sprawdziłam maila: oczywiście dostałam newsletter z jednego ze sklepów wysyłkowych, w którym akurat była rzecz, na którą od dawna polowałam - stojak na muffiny, więc oczywiście czekam na dostawę ;) Może to już zakupoholizm? Może potrzebna mi terapia?

Ale żeby nie być gołosłowną, pokażę zdjęcia - sami oceńcie, czy nie warto??? :)

 przeurocza szklana paterka w kolorze delikatnego różu (hurtownia Mondex)

kwiatowe świeczniki na tealighty (Mondex)

ozdobne dziurkacze (Biedronka)

taca w kształcie gwiazdy (Pepco)


podpórka do książki kucharskiej (Pepco)

Chociaż może po prostu mam szczęśliwy, "zakupowy okres" kiedy wszystkie rzeczy, które chciałam sobie kupić nagle wpadają mi w ręce? Bo nawet była promocja na moje ulubione czekoladki Lindor... :)

P.s. Niniejszy post nie jest w żaden sposób sponsorowany przez żaden z wymienionych sklepów, jak również nie stanowi informacji handlowej.

Buziaki!!!

sobota, 15 czerwca 2013

Ciuchowe przeróbki, ogrodowe zapamiętanie, duuuużo jedzonka i dyktando kartkowe w Diabelskim Młynie :)

W szyciu nie jestem zbyt biegła, lubię za to niewielkie ciuchowe przeróbki.

Jakiś czas temu kupiłam w markecie dwa białe podkoszulki męskie w rozmiarze XXL (ogromniaste).
Przeznaczeniem jednego było zostać moją koszulą nocną. Tak więc rozprułam dolne obszycie, odcięłam lamówkę przy dekolcie (po lewej stronie trochę dalej niż po prawej), zrobiłam markerem do tkanin śmieszne napisy (z przodu i z tyłu) i ...tadam!


Koszulka lekko opada z lewego ramienia i śpi się w niej po prostu świetnie - zaliczyłam mentalny powrót do czasów studenckich, kiedy to spałam w po-kortowiadowej koszulce... specjalnie nie mojego wydziału... przypadkowo w dziwnym rozmiarze męskie xxl ;)

Druga koszulka czeka wciąż na pomysł co dokładnie z nią zrobić, ale jedno wiem na pewno - będzie ombre! Barwnik już kupiłam i tylko czeka, żeby go wykorzystać :)

Do przeróbki poszły również spodnie rurki. Przy użyciu nożyczek, garści szpilek, igły z nitką i koronkowej taśmy powstały szorty :)



Jak tylko jestem przez chwilę w domu odwiedzam ogród i sama nie wiem za co się zabrać najpierw ;)
Dziś na przykład cały dzień pieliłam, pikowałam, przesadzałam, przycinałam, podlewałam... (czemu te wszystkie czynności są na "p"? ;] ) ale przynajmniej jestem zadowolona z efektu, a roślinki odwdzięczają się za to pięknym kwitnieniem.

 
Dawno nie bawiłam się papierkami, a że nadarzyła się okazja, to i nadrobiłam trochę braki :)
Kartka powstała jakiś czas temu, specjalnie na Dyktando Kartkowe Teo. Jednym z wymogów było nie publikowanie jej przed ogłoszeniem wyników, dlatego też robię to teraz. 

A zdecydowałam się wziąć udział w dyktandzie, bo można było wykonać oszczędną aranżację - czyli taką jak zwykle u mnie. :)


A na koniec jedzonko! Chyba każdy kto mnie zna wie, że uwielbiam pyszne jedzonko - nie tylko jeść, ale też przede wszystkim robić. A to moje ostatnie działania na froncie kuchennym.
1) Szparagowe risotto
2) grillowy talerz pyszności - grillowany camembert z dżemem żurawinowo-gruszkowym, kiszone szparagi, sałatka z prażonym słonecznikiem i miodowo-musztardowym sosem oraz oczywiście kiełbaska
3 i 4) naleśniki z nadzieniem z truskawek, odrobiny miodu i dużej szczypty cynamonu  i jogurt z takim samym sosem (moja prywatna wersja owocowej wyspy bez tony cukru)
5) clafoutis z truskawkami i sosem czekoladowym :)


6) dżem truskawkowy i dżem z truskawek z dodatkiem amaretto, prażonych płatków migdałów i groszków gorzkiej czekolady. Uwielbiam truskawki!


 Truskawkowe buziaki! Przemiłej niedzieli!

sobota, 25 maja 2013

szparagowe-love

Majowe lato nastało (temperatura oscylująca w okolicach 30 stopni) i cichcem przeszło w strugi deszczu i 10 kresek nad zerem. Nie wiem co gorsze ;)
Ale przede wszystkim nastał czas szparagów, rabarbaru i młodych pędów sosny :) niedługo będą również truskawki :) także skupiać się będę teraz bardziej na ogródku, kuchni i spiżarni niż na craftowaniu. Przygotujcie się więc na parę przepisów, dużo zdjęć i zaśliniony monitor (to piszę z doświadczenia - niby wszystko to jadłam, a i tak na widok cieknie mi ślinka). ;)

No to zaczynamy!!!

Na pierwszy ogień w mojej kuchni poszły szparagi - pierwszy tegoroczny pęczek świeżutkich młodych pyszności został upieczony i zgrillowany, a powstały z niego saszetki z ciasta francuskiego z serem i szynką oraz sałatka z grillowanych szparagów z winogronami, wędzonym łososiem i sosem musztardowo-piwnym.



Dla zainteresowanych podaję przepis na sałatkę z grilowanych szparagów :)
Kilka zielonych szparagów (u mnie to było 6-7 cienkich) obtaczamy delikatnie w oliwie z oliwek, oprószamy solą i pieprzem i grillujemy kilka minut (można na patelni grillowej). Kilka liści sałaty lodowej myjemy pod bieżącą wodą, osuszamy i drzemy na nieduże kawałki. Garść ciemnych winogron myjemy, przekrajamy na pół i usuwamy pestki. Dwa plastry wędzonego łososia (ok 70 g) dzielimy na drobniejsze kawałki. Na sałacie układamy winogrona, pokrojone na trzy części szparagi, kawałki łososia, dodajemy kilka kaparów, trochę prażonego słonecznika i ziarenek sezamu, posypujemy startym serem cheddar (1-2 łyżeczki). Całość polewamy sosem ze zmieszanych: po 1 łyżeczce soku z cytryny, miodu, musztardy i majonezu  oraz ok 2 łyżek jasnego piwa.
 I tyle :) i jest równie dobra na drugi dzień, co jest dużym atutem :)


Drugi pęczek (białe) i połowa trzeciego (znów zielone) zakisiłam. Tak, tak, zakisiłam :) Przeczytałam o tej metodzie ze 2-3 lata temu w jakimś magazynie (tu jedyny artykuł jaki znalazłam, choć to nie była ta gazeta) i właśnie sobie o niej przypomniałam. Więc oczywiście postanowiłam spróbować, czy w ten sposób też się da, czy całkiem nie popsuje się smaku szparagów. A pozostałe półtora pęczka zielonych pyszności lekko zblanszowałam i polałam sosem polskim (co wg pana Makłowicza oznacza bułkę tartą z masełkiem).

kiszone szparagi


Następny w kolejności był rabarbar :) podałam już jeden przepis TU. Ale podczas "przeprowadzki" znalazłam przepis na placek rabarbarowy z książki "Balsam dla duszy. Książka kucharska". (Notabene bardzo fajna pozycja dla osób lubiących proste, stare przepisy, które dodatkowo okraszone zostały historią ich powstania, bądź wytłumaczeniem, dlaczego akurat to danie było czyimś ulubionym.)
Sam placek bardzo mi posmakował, ale zdołałam go zrobić może ze dwa razy, po czym mi się zawieruszył i odnalazł dopiero po 4-5 latach! Ale najważniejsze, że jest i mogę go w końcu ponownie zrobić i się nim z wami podzielić :)


Placek rabarbarowy 
nadzienie z rabarbaru:
4 filiżanki młodego rabarbaru (umytego i pociętego w kostkę wielkości ok 1,25 cm)
drobno starta skórka z jednej pomarańczy
1 łyżka mąki ziemniaczanej bądź kukurydzianej
1 filiżanka cukru (robiłam z brązowym, demerara)
1 łyżeczka zmielonego cynamonu lub 2 łyżki pokrojonego, kandyzowanego imbiru (ja próbowałam tylko z imbirem)
1 łyżka masła
1 jajko

W dużej misce wymieszać skórkę pomarańczową, mąkę ziemniaczaną, cukier, cynamon (lub imbir), masło i jajko. Następnie dodać rabarbar i wymieszać. Odstawić na bok.

ciasto (na górę i dół):
1,5 filiżanki mąki
6 łyżek masła
zimna woda
mleko do zwilżenia ciasta
cukier do posypania (ja używam cukru pudru)
1/2 łyżeczki soli

Wsypać mąkę do dużej miski. Następnie włożyć do niej masło i posiekać je nożem na małe kawałeczki. Mieszać lekko widelcem, spryskując wodą, aż ciasto stanie się wilgotne i będzie stanowić jednolitą masę. Delikatnie uformować dwie kule, jedną nieco większą od drugiej. Następnie rozwałkować je na stolnicy na plastry o grubości 2,5 cm. Wstawić do lodówki na przynajmniej 15 minut.

Rozgrzać piekarnik do temperatury 230ºC. Rozwałkować większy placek ciasta do średnicy większej niż średnica formy do pieczenia, a następnie delikatnie wyłożyć blaszkę ciastem. Ułożyć nadzienie rabarbarowe na spodzie z ciasta, formując pośrodku wybrzuszenie. Następnie rozwałkować mniejszy placuszek ciasta i pokryć nim nadzienie z wierzchu. Złączyć brzegi spodniej i górnej części ciasta, wyciskając z brzegu muszelki (oczywiście muszelki nie są koniecznością, po prostu przepisuję tekst z książki, a tak robiła mama autorki). Zrobić na czubku ciasta małe nacięcia, aby para wytworzona podczas pieczenia miała ujście. Na koniec posmarować ciasto mlekiem.

Ustawić naczynie z ciastem na blaszce i piec przez 10 minut w temperaturze 230ºC, następnie zredukować temperaturę do 190ºC i piec ciasto jeszcze przez 30 minut. Po wyjęciu z piekarnika posypać ciasto cukrem pudrem i przed podaniem nieco schłodzić.


Ciasto jest przepyszne, kwaskowate, odrobinę egzotyczne i jednocześnie bardzo swojskie. :)


 I ostatnie, ale na pewno nie najgorsze - młode pędy sosny. Już od kilku lat robię z nich syrop na kaszel, który bardzo się przydaje przy kiepskiej jesiennej i zimowej pogodzie. W wersji dla dorosłych dodaję trochę spirytusu, ale bardzo dobrze przechowuje się również bez dodatku alkoholu i mogą go wtedy używać również dzieci. Samo wykonanie jest banalnie proste - młode pędy sosny (zebrane w maju, daleko od drogi) zasypuję cukrem - uwaga! pierwszą warstwę stanowią pędy - zakręcam słoik i ustawiam na słońcu. Codziennie potrząsam słoikiem i czekam, aż cały cukier się rozpuści. Następnie zlewam do butelek - najlepiej ciemnych - oraz przechowuję w chłodnym miejscu, używając w razie potrzeby (osoba dorosła po 2 łyżeczki 4 razy dziennie, dzieci po 1 łyżeczce też do 4 razy dziennie). Przechowuję go w miarę możliwości w ciemnych butelkach.

p.s. Zdjęcia sosny dodam gdy w końcu przestanie tak lać i siąpić na zmianę i w końcu pójdę jej nazbierać ;)

Wszystkim, którzy wytrwali do końca życzę przyjemnej, mam nadzieję, że już słonecznej niedzieli.




poniedziałek, 8 kwietnia 2013

słodki weekend

Jak to z weekendami bywa, lubię upichcić coś pysznego, upiec jakieś ciacho i trochę poleniuchować. Dlatego upiekłam coś pysznego. Pierwowzór przepisu pochodzi stąd. Troszkę go zmodyfikowałam, ale efekt mnie zachwycił - muffinki, które wprost rozpływają się w ustach! :)


A zaczęło  się od tego, że szukając żelatyny znalazłam mnóstwo budyniów w proszku z kończącym się terminem przydatności - tylu paczek bym przez miesiąc nie przejadła, nie mówiąc o kilku dniach. I wpadłam na pomysł, żeby zamiast mąki w jakimś przepisie dać proszek budyniowy właśnie. Wybór padł na jedną z wersji przepisu na magdalenki, który kiedyś znalazłam w sieci.
Po moich modyfikacjach wyglądało to tak.

Muffinki budyniowe:
150 g masła
1 szkl drobnego cukru
5 opakowań budyniu waniliowego w proszku (po 38 g - starałam się trafić w okolice 150 g łącznie)
2 jajka

Masło roztopiłam w mikrofalówce. Jajka ubiłam z cukrem na puszystą masę. Dodałam lekko przestudzone masło i proszek budyniowy i zaczęłam mieszać mikserem - UWAGA! tu popełniłam straszny błąd, bo budyń uniósł się nagle białą chmurą i proszek miałam nie tylko na nosie, ale też w promieniu pół metra we wszystkich kierunkach ;) dlatego zalecam mieszanie szpatułką :) Potem już tylko w foremkę do muffinek włożyłam papilotki i nalewałam w nie ciasto - do ok 2/3 wysokości. Piekłam dobre 30 minut w temperaturze 180°C. 

P.s.Można podawać z kremem - ciekawie smakuje krem z mascarpone, śmietany i lemon curd: fajnie przełamuje słodkość babeczek ;)
P.s.2 No podobnej zasadzie zrobiłam również babkę - zamiast samego budyniu dałam 1/3 szkl mąki i 3 opakowania proszku budyniowego, piekłam ok 50 minut.

A tak wygląda środek babki - jest intensywnie żółty, jakby było w niej nie wiadomo ile żółtek lub jakiś barwnik spożywczy ;)




A oto zapowiedź czegoś, co przygotowuję od czwartku:

Czy już wiecie co to będzie? Na pewno coś milutkiego i całkiem pracochłonnego. Nie wiem nawet, czy starczy mi włóczek do skończenia. Oczywiście jest to tylko niewielka porcja już powstałych pomponików (zdjęcie z piątku). Mam nadzieję, że już niedługo będę się mogła pochwalić efektem.

Miłego, bezśnieżnego popołudnia! (Bo za moim oknem sypie śnieg grubymi płatami...) :*

czwartek, 18 października 2012

moja jesień...


Jaka jest moja jesień? Pełna smaków, zapachów i kolorów. Lekko nostalgiczna i melancholijna (szczególnie gdy pada), zazwyczaj jednak radosna i twórcza - z mnogością płonących świec i hektolitrami pachnącej herbatki. I dziś chciałam się z wami tym moim kawałkiem jesieni podzielić - będzie więc smakowo, zapachowo, kolorowo, świecowo oraz oczywiście wnętrzowo i craftowo.

Na początek kolorowo. Uwielbiam barwy jesieni - rudości, pomarańcze, przygaszone żółcie, wszystkie odcienie czerwieni, fiolety i błękitności, ostatnią zieleń traw i liści...


Przyjaciółka z dzieciństwa zaproponowała mi sesję foto, wybrałyśmy się więc w plener (zdjęcie na samym dole po prawej to ona), z aparatami i innym jesiennymi akcesoriami (wszystkie 'nadwodne' fotki pochodzą z tego dnia). Dziękuję, Martuś, za świetny dzień i cudne zdjęcia :*

Smaki jesieni - to nie tylko smaki znane z dzieciństwa, jak te krówkowe szyszki...


... Ale też zupa z lekko marynowanej dyni (lekko, bo do przygotowania tej zupki użyłam dynię, która przez całą noc nasiąkała w syropie cukrowo-octowym z goździkami) podana z kleksem kwaśnej śmietany, natką pietruszki, przesmażonym boczkiem i prażonymi ziarnami dyni...


... Nalewka z pigwowca...


... Czy Nigellowe muffinki czekoladowo-wiśniowe, robione przeze mnie wielokrotnie, z lekko zmienionym proporcjami (zamiast dżemu wiśniowego używam domowej konfitury wiśniowej o karmelowym posmaku, która sama w sobie jest baaardzo słodka, nie dodaję więc w ogóle cukru, dosypuję za to więcej mąki i czasami daję dodatkowo pół tabliczki czekolady) .

A teraz czas na wytworki. I te trochę starsze (jak to drzewko, które planowałam od wiosny, a powstało całkiem niedawno) i te całkiem świeże (podsychające na kaloryferze dynie z masy solnej, które powędrują jutro do piekarnika w celu całkowitego wyschnięcia), zainspirowane pięknymi rzeczami podpatrzonymi na Waszych blogach czy pinterest'owych tablicach.



Z akcentów wnętrzarskich - w końcu zawisła! Moja moskitiera, która przeleżała w szafie z 5 lat, zalśniła wreszcie swym blaskiem w mojej sypialni!


A na koniec - wprost nie mogę się powstrzymać i muszę to pokazać - mój własny, prywatny Tygrys wąchający kwiatka ;)


I razem z Tigerem mówimy: Dobranoc Kochane!

czwartek, 30 sierpnia 2012

podryw "na Balladynę" a przetwory

A tytuł zwiastuje oczywiście zatrzęsienie malin. Z dosłownie kilku krzaczków, podarowanych mi kilka lat temu przez pewną dobrą duszę (malinki jakiejś późnej odmiany, niestety nie mam pojęcia jakiej), wyrosło małe poletko (absolutnie nie narzekam)! Wyszłam więc dziś po południu z wiklinowym koszykiem na zbiory i oto efekt:
ok 2 kg owoców (plus trochę pokrzywowych bąbli i kilka ukąszeń jakichś dziwnych owadów)! I początkowo żadnego pomysłu co z tych malin zrobić... Litr owoców zalałam alkoholem na nalewkę, a co z resztą? Ale tu jak zwykle blogowa społeczność nie zawiodła i odnalazłam TEN przepis. I od razu zapadła decyzja: robię! Oczywiście zmodyfikowałam trochę proporcje i dodałam dwie łyżki cukru aromatyzowanego laską wanilii oraz przefiltrowałam sok od przetartych owoców (a powstały mus ze smakiem zjadłam) - łącznie wyszedł mi litr przepysznego soku.

A co jeszcze w planach? Konfitura malinowa z nutą pomarańczy - przepis sprzed roku, który poleciał na TEN konkurs - i najprostszy sok malinowy (maliny zasypane cukrem, w stosunku wagowym 1:1).

 I oczywiście opychanie się malinami na potęgę! Np jako dodatek do tostów francuskich z chałki z dżemem brzoskwiniowym, które najlepiej smakują jedzone w towarzystwie pysznej latte...



Najlepiej w takim otoczeniu, łapiąc ostatnie upalne dni tego lata:

Również pierwsza tegoroczna nalewka właśnie odstawiona do zapomnienia na jakiś czas... pyszna zielona mirabelka najlepiej smakuje na wiosnę i latem. A co jest dodatkowym atutem, mało kto wie - gdy ma przyjemność próbować jej po raz pierwszy - co właściwie pije ;)

A już niedługo nastawiam kolejne: wiśniową aronię, pigwę i koniecznie korzenną żurawinówkę. Może natchnie mnie na jeszcze jakąś, ale póki co nie przewiduję.

Lato się już prawie kończy, a spiżarnia już prawie pełna. Dżemy z truskawek, brzoskwiń i wiśni już są. Podobnie jak fasolka szparagowa, ogórki kiszone i tarte buraczki. Podczas robienia przetworów również pamiętałam, że zbliżają się jesienne słoty i zimowe mrozy i zrobiłam nowość - buraczki z jabłkiem, imbirem i korzeniami - w sam raz na pyszny rozgrzewający barszczyk! :)

Z poczynań nie-kulinarnych pochwalić się mogę tylko lawendowymi fasetkami...

...no i może jeszcze faktem, że robię postępy w dzierganiu! Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła to udowodnić na zdjęciach :)

piątek, 24 sierpnia 2012

na szybciutko

Było sobie takie pudełeczko...

... a w pudełeczku taka karteczka...

... a w karteczce taka niespodzianka:

jeszcze tylko butelka przedniej nalewki z zielonych mirabelek i urodzinowy prezencik gotowy :) obdarowana się ucieszyła... podobno ;)

Jakoś tak się ciągnie ten remont - już bym chciała pokazać jak to wszystko wygląda, a tu ciągle stan półsurowy... mogę więc póki co ponarzekać na iście jesienną pogodę, jaką mieliśmy kilka dni temu.
Choć zamiast narzekać wolę przegonić smutki pysznościami. Dlatego też na obiad zaserwowałam pieczone ziemniaczki z przepisu pana Okrasy - pyyyyycha!

ziemniaki z czosnkiem i rozmarynem
 
Chyba już każdy słyszał o akcji pewnego dyskontu z Okrasą i Brodnickim w rolach głównych? To była pierwsza próba ich przepisów. Ich, bo Pascala przepis też wypróbowałam - podudzie kurczaka z pomidorami i porami.

 podudzie kurczaka z pomidorami i porami

Ale wynik jednogłośny: 1:0 dla Okrasy! Choć mięsko soczyste, to jednak w posmaku gorzkawe, podobnie pory... szkoda, bo tak smakowicie się zapowiadało.

poniedziałek, 21 maja 2012

post kuchenno-ogrodowy

Mimo iż weny mi ostatnio nie brakowało, to wiele rzeczy mam rozpoczętych i nie skończonych (głównie z powodu braku półfabrykatów), tak więc chwalić się będę, gdy już je pokończę. A póki co pochwalę się moimi ogrodowymi i kuchennymi szaleństwami.

Szaleństwo no.1 - kuchenne - to Nigellowa inspiracja. Nakręciłam się na lemon curd - jaki to smak? jaka tekstura? i skąd wytrzasnąć takie cudo w podolsztyńskiej wioseczce? I wtedy myśl - może można zrobić samemu? Z pomocą przyszedł internet i ta stronka. I tak, w ok 15 minut powstało to:

Największym problemem było to, że raczej się nie da tego zapasteryzować, więc wytrzymałość to około tydzień przy przechowywaniu w lodówce. Niepełny słoik (ten z tyłu) wylądował w lodówce, a słoik frontowy spróbowałam 'zassać' bez gotowania, czyli zdjęty z ognia krem przełożyłam do słoiczka, zakręciłam, odwróciłam do góry nogami, opatuliłam w ściereczkę i zostawiłam tak do ostygnięcia. Potrzymam jakiś czas i zobaczę, czy się nie zepsuje ;)
Edit (5.06): Niestety choć słoiczek zassał się bardzo mocno, to zawartość zaczęła się psuć... Chyba więc trzeba wyjadać na bieżąco ;)

A napoczęty słoik zniknął w rekordowym tempie- niby to kwaśne, lekko gorzkie, ale co i rusz podjadałam odrobinę - czy to na kanapce jak dżem, czy po prostu łyżeczką,a to na toście francuskim ze świeżymi polskimi truskawkami, które nie tylko jak truskawki pachną, ale też tak smakują (chociaż ich cena jest wciąż powalająca- 15 zł/kg!)
Ale ciągle chciałam wykorzystać lemon curd do jakiegoś ciasta lub deseru. Myślałam, myślałam i wymyśliłam!  Lekkie "ciasto" na słonych krakersach z kremem cytrynowym, które nazwałam roboczo cytrynówką.

Marienkowa cytrynówka
opakowanie krakersów (300g)
500 ml śmietanki 30%,
250 g mascarpone,
2-3 łyżki cukru pudru
7 łyżeczek (takich z czubkiem) lemon curd

Ubić śmietanę na sztywno. Osobno zmiksować mascarpone z cukrem pudrem (nie za długo, żeby się zbytnie upłynniło). Wymieszać śmietanę ze słodkim mascarpone i lemon curd.
Dno naczynia wyłożyć krakersami, na to połowę kremu, znów krakersy i reszta kremu.
Posypać na wierzchu kilkoma pokruszonymi krakersami i dosłownie trzema startymi kostkami gorzkiej czekolady. Najlepiej, gdy ciasto postoi trochę, tak aby krakersy zmiękły i wszystkie smaki się połączyły - minimum dwie godziny w lodówce, choć następnego dnia jest jeszcze lepsze!


Z kolei szaleństwo no.2 to kwiaty. A tych przybyło do doniczek w ostatnim tygodniu sporo. Najpierw ja kupiłam cudnego koleusa (zwanego przez moją mamę pokrzywką), surfinię i dwie piękne werbeny - jedną w kolorze brzoskwiniowym i drugą w jasnym fiolecie, a następnego dnia, już z mamą, kupiłyśmy cztery czerwone werbeny, dwie biało-czerwone petunie i cztery szałwie błyszczące - dwie białe i dwie czerwone - po czym kolejnego dnia mama przywiozła jeszcze cztery werbeny - jedną jasno- i trzy ciemnofioletowe.





Oprócz obsadzania doniczek przepikowałam też okrę i sałatę oraz posiałam ostróżkę ogrodową, dzwonek karpacki i rudbekię różową na rozsadniku - są to bowiem byliny wymagające późniejszego przesadzenia, ale za to przepięknie kwitną i gdy się je raz posadzi cieszą oczy przez długie lata. A do posiania zostało mi jeszcze kilka gatunków kwiatów jednorocznych, m.in. kosmos, lwia paszcza, czy maciejka, oraz z roślin jadalnych szpinak i skorzonera. Pierwszy raz spotkałam się ze skorzonerą, podobnie zresztą jak ze wspomnianą wcześniej okrą. Jednak łatwość uprawy, a przede wszystkim zachwalany smak sprawiły, że się skusiłam - zobaczymy, czy mi posmakują te cuda... A może któraś z was miała już okazję ich próbować i może coś więcej powiedzieć na ich temat?