środa, 13 września 2017

Trzy usprawnienia które wprowadziłam do swojej codzienności

Też tak macie? Cały tydzień odkładamy wszystko na weekend - pranie, sprzątanie, zakupy... a potem się okazuje, że w weekend nie starcza nam czasu, doba jest za krótka... Bo przecież chcemy też trochę "odespać" wczesne wstawanie w tygodniu... bo wypadnie coś niespodziewanego typu przetwory (w sezonie letnio-jesiennym), bo zakupy i stanie w kolejkach zajmuje nam zamiast jednej godziny trzy albo cztery. Bo pranie nie jedno tylko dwa. Bo przypadkiem trafi się piękna pogoda i chce się iść na grzyby czy na spacer... I nagle się okazuje, że na połowę z listy "koniecznie trzeba zrobić" zrobić się nie uda, i przekładamy to na później...

Ale koniec z tym!
Postanowiliśmy, że od tego poniedziałku wprowadzamy nowy plan. Każdy dzień w tygodniu przeznaczamy na jedną czynność.


W poniedziałki mamy dzień dla urody - chodzi tu o wszelkie czynności zajmujące dużo czasu, typu epilacja, peelingi, itp

We wtorki jest dzień drobnych napraw, takich, co to mogą parę dni poczekać, których nie trzeba od razu robić.

W środy robimy pranie.

W czwartki cotygodniowe sprzątanie.

W piątki menu na cały tydzień i zakupy.

I w ten sposób rozluźnimy sobie weekend - na odpoczynek, spacery, wizyty towarzyskie itp.

Mam nadzieję, że sprawdzi się nam ten plan, bo póki co po weekendzie jesteśmy bardziej zmęczeni niż po całym tygodniu. Póki co dwa dni poszły gładko, ale już wymyśliliśmy sobie, że w czwartek po robocie podjedziemy sobie na godzinkę - półtorej na grzyby, więc dziś będzie pranie i sprzątanie w jeden dzień ;)


Drugim usprawnieniem jest menu.
Kilka tygodni temu stwierdziliśmy, że bieganie codziennie do sklepu zwyczajnie marnuje nam za dużo czasu i pieniędzy. Znacie to pewnie - idziesz tylko po śmietanę do zupy, a wracasz z siatą zakupów za 50 zł. I na dokładkę tracisz godzinę, bo okropne kolejki w sklepie. Wymyśliliśmy więc sobie, że zakupy będziemy ograniczać do dwóch-trzech razy w tygodniu (wg złotego pomysłu miał być raz w tygodniu, ale zawsze coś wypada i na razie się nie kończy) a obiady zaplanujemy sobie na cały tydzień z wyprzedzeniem, żeby za jednym razem kupić wszystko co potrzeba. Wydrukowałam i wycięłam sobi listę zakupów do uzupełnienia

lista zakupów (znaleziona w internecie dawno temu)

Z kawałka kartonu i samoprzylepnej "tablicy kredowej" (zakupionej ze dwa lata temu w dyskoncie na L.) stworzyłam więc tablicę na menu. Olejnym mazakiem do zdobień (też z tego dyskontu) narysowałam kratkę, wypisałam dni tygodnia i napis "Menu", a całość uzupełniam zwykłą kredą. Gdy tydzień się skończy po prostu ścieram nazwy potraw i wpisuję następne.
Jest to duże udogodnienie, zwłaszcza, że oboje wracamy do domu po 16 i ciężko byłoby codziennie zastanawiać się co ugotować na obiad. A tak mamy listę, nierzadko przygotowujemy zupy, czy rozbijamy kotlety wieczór wcześniej, żeby szybko coś zrobić lub odgrzać. Póki co sprawdza się świetnie.

Tabliczka "Menu"

Ostatnią rzeczą (póki co w fazie testów) jest kontrola wydatków. Ściągnęłam sobie aplikację na telefon o nazwie "Money Manager" i sprawdzam na co wydaję moje pieniądze.


Aplikacja jest po angielsku ale można sobie zmienić nazwy wszystkich elementów na polskie i to na jakie się chce. Wprowadziłam wysokość wypłaty i innych dochodów. Wydatki podzieliłam wg własnych potrzeb, wprowadziłam także te cykliczne (typu spłata kredytu hipotecznego). I teraz każde wydane kilka groszy mam pod kontrolą. Aplikacja jest o tyle fajna, że mam podział na płatności gotówką, przelewem i kartą, podział na kategorie i na cykliczność (wydatki dzienne, tygodniowe i miesięczne). W planie mam testować tę aplikację dwa-trzy miesiące, zobaczymy jak mi się to sprawdzi i czy da mi to większą kontrolę nad moimi finansami. Oczywiście nie każdemu musi się spodobać akurat ta aplikacja, ale po przeczytaniu opinii o kilku ta najbardziej mi podpasowała - zwłaszcza, że w wersji bezpłatnej reklamy nie są zbyt nachalne i bez problemu można korzystać większości funkcji. Jeśli ktoś chce dostępna jest też wersja płatna, na dzień 11.09.2017 cena wynosiła 16,99 zł)

*w poście nie ma lokowania produktów. Nazwy aplikacji czy sklepów podaję tylko informacyjnie.

A jakie są wasze pomysły na usprawnienie codzienności? Podzielcie się swoimi patentami :)

piątek, 8 września 2017

Roboty na wysokościach cz. 3 - marzenie o kominku

Od kiedy pamiętam marzył mi się kominek - buzujący ogień, pachnące drzewo, kawałek skóry leżący przed paleniskiem, ogrzewanie zmarzniętych rąk po zimowym spacerze... Posiadanie takiego w bloku, na trzecim piętrze, jest jednak niemal niemożliwe, a przynajmniej wybitnie trudne (potrzebne są różne dziwne zezwolenia, no i targanie drewna na trzecie piętro do przyjemności nie należy).
Ale i na to znalazł się sposób...

Po ukończeniu pierwszej szafy "opijaliśmy" ją jak każe tradycja, "żeby się nie rozpadła". Przy okazji planowaliśmy już robienie szafy nr 2, w korytarzu, a L., wiedząc jak mi się marzy kominek, stwierdził krótko "zamawiaj ten kominek, zrobimy za jednym bałaganem". I tak dwa dni jego (w zdecydowanej większości) pracy wyczarowały mi kominek.

Najpierw wymierzyliśmy na jakiej wysokości chcemy żeby wisiał. W tym celu kupiliśmy jedno opakowanie płytek gipsowych. Aby było jak najmniej cięcia stwierdziliśmy, że najlepsza będzie wysokość na trzy płytki od dołu (jedna płytka ma wysokość 12 cm, nie fuguje się ich, więc 36 cm to wysokość całkowita). Zaznaczyliśmy na ścianie obrys kominka i miejsca, gdzie powinny być mocowania.

Takich płytek użyliśmy

W komplecie były dwa kołki rozporowe z hakami, jednak były one takiej zdecydowanie za duże, więc konieczne było zaopatrzenie się w sporo mniejsze egzemplarze (na szczęście znaleźliśmy kilka wcześniej kupionych i to je wykorzystaliśmy). Kolejnym etapem było wywiercenie otworów, wbicie kołków i wkręcenie haków. Po sprawdzeniu, czy odpowiada nam wysokość i czy kominek wisi prosto wzięliśmy się za zrobienie zabudowy. Wykorzystaliśmy do tego pozostałe po wcześniejszych działaniach profile i płyty z karton-gipsu, przy dokupieniu niewielkiej ilości. I wykorzystaliśmy wszystko niemal do cna.

Dokupiliśmy również jeszcze jedno opakowanie płytek, dwa worki białego kleju (musi być biały, bo jeśli przy naklejaniu płytek na zabudowę którąś z płytek ubrudzimy, to nie da się tego doczyścić), klej montażowy do drewna i półkę z drewna klejonego. Niestety w naszym sklepie dostępne były tylko półki o wymiarach 120x30x1,8 cm, więc musiała pójść w ruch nasza krajzega i docięliśmy ją do wymiaru 90x21x1,8 cm, a następnie przymocowaliśmy na klej montażowy do wierzchniej płaszczyzny zabudowy.

Całość wgląda tak:
biokominek - całość

Ostatnim szlifem było wykończenie szczeliny pomiędzy podłogą a płytkami. Zostawiliśmy tam trochę za dużo przestrzeni i nie dało się jej wykończyć silikonem. Po kilku próbach z różnymi materiałami ostateczny wybór padł na kawałki listwy przypodłogowej, którą odkleiliśmy od ściany w miejscu gdzie miał powstać kominek.

biokominek - wykończenie dołu


Co sądzicie o takim rozwązaniu?


A na koniec małe co nieco... czyli ryba w occie. Jest to jedna z potraw, którą mój tata je namiętnie
od kiedy tylko pamiętam. Miłością do ryb zaraził również i mnie. A teraz również mój L. się w tym rozsmakował.

leszcz marynowany
leszcz w occie

Niby Warmia i Mazury bogate w jeziora, a co za tym idzie i w ryby, ale dostać w Olsztynie świeżą rybę graniczy niemal z cudem. Na szczęście mamy gospodarstwo rybackie w Szwaderkach, które ma swój mobilny sklepik przywożący nam świeżą rybę kilka razy w tygodniu (jeśli ktoś jest zainteresowany odsyłam na blog - kliknij tutaj). Ostatnio, właśnie w takim Szwaderkomobilu mój L kupił prawie 5 kg leszcza. Sporo, ale podzieliliśmy to na dwie części - jedną przygotowaliśmy od razu, a drugą zamroziłam na później.
To później właśnie nadeszło :) rybę rozmroziłam, dobrze nasoliłam, dodałam pieprz i przyprawę do ryby (można dać przyprawę typu Vegeta). Tak przyprawiona ryba musi trochę postać - co najmniej dwie godziny. Następnie na dużej patelni rozgrzewamy olej, rybę obtaczamy w mące pszennej i smażymy na złoto-brązowy kolor. Na tym samym oleju smażymy pokrojoną w półplasterki cebulę (również na złoty kolor).

Na zalewę (na tą ilość ryby, czyli ok 2,5 kg) potrzebujemy:
3 l wody
1 szklanka octu
14 łyżek cukru
1/2 łyżki soli (grubej, kamiennej)
kilka listków laurowych
parę ziaren ziela angielskiego
2-3 łyżeczki gorczycy (jeśli mamy, nie jest to konieczne)

Wszystkie składniki zalewy zagotowujemy razem z podsmażoną cebulką. Gorącą zalewą zalewamy rybę. Ryba musi się marynować co najmniej przez noc, ale czas działa na jej korzyść ;)

Moja mama  daje więcej octu, więc najlepiej jest metodą prób i błędów samemu "wyczuć" co nam bardziej smakuje.
Najważniejsze jest, aby zalewa zaczęła się lekko ścinać (po wystygnięciu).

Z podanych składników wyszły mi 4 litrowe słoiki i dwulitrowy kamionkowy garnek.

ryba w occie
marynowana ryba

Słoiki po ostygnięciu trzymam w lodówce (bo szybko u nas znikają). Smacznego! :)

czwartek, 17 sierpnia 2017

Szafa wnękowa II (w korytarzu)

Tak nam dobrze szlo z pierwszą szafą, że postanowiliśmy zmajstrować jedną również w korytarzu ;)

Mamy trochę dziwny układ korytarza, dodatkowo problem stwarzają elementy konstrukcyjne (podpora dachu w tym wypadku) i rurka od gazu biegnąca pod sufitem, ale uznaliśmy, że szafa zamiast dwóch (nie mieściliśmy się już na jednym) wieszaków w przedpokoju będzie lepszym rozwiązaniem.

Na początek trzeba było wyprowadzić niewielką ściankę, ponieważ krzywizna ściany nie pozwalałaby na dobre zamykanie się szafy. Ma ona kształt trójkąta i wygląda tak:


Przy okazji zmieniliśmy też oświetlenie - zamiast jednego plafonu na dwie żarówki, który dawał bardzo mało światła mamy teraz 6 oczek ledowych, a w korytarzu jest jasno jak w dzień, a nie ciemno jak w grobie... ;)
oczka ledowe

Reszta przebiegała już podobnie do poprzedniej szafy, z tą różnicą, że fronty nie będą łączone, tylko jednolite.
Najpierw wyrysowaliśmy linie, gdzie będą przymocowane półki. Odnośnie tych lini zaznaczyliśmy miejsca wiercenia na kołki rozporowe - znów potrzebowaliśmy dwóch rozmiarów wierteł i dwóch rodzajów kołków (inne do płyty k-g, inne do ściany z cegieł i betonowej podłogi). Po przymocowaniu półek zamocowaliśmy również reling. Jako, że jedna ściana ustawiona jest pod dość sporym kątem, zdecydowaliśmy się na zamocowanie relingu do spodniej części półki.

Tak samo jak w poprzednim przypadku zrobiliśmy "obramówkę" z płyty w tej samej okleinie co drzwi szafy (płyta laminowana Kronopol Dąb Antyczny).

Płyta laminowana Dąb Antyczny; źródło: http://www.swisskrono.pl

Elementy te nie były w ogóle oklejane na linii cięcia, znów zastosowaliśmy ceowniki aluminiowe w kolorze szampańskim.

szafa jeszcze bez zamontowanych drzwi
Na zdjęciu powyżej widać nie tylko reling ale i wieszak, który zamocowaliśmy na bocznej ścianie - aby jak najlepiej wykorzystać wnętrze szafy.

szafa w całości
Muszę przyznać, że patent z rysowaniem linii sprawdza się jak mało co, zwłaszcza u osób, które nie mają zbytnio wyobraźni przestrzennej, jak mój L.. Daje nie tylko lepszy pogląd na rozplanowanie wnętrza szafy, ale też łatwiej zorientować się, jakie gabaryty szafa będzie miała.

Jak wam się podoba szafa? Naszym zdaniem wygląda, jakby zawsze tam była... ;)

piątek, 11 sierpnia 2017

Szyciowa mordęga, czyli krótki wpis desperatki

Spodobały mi się spodnie w Burdzie (Nr 3/2012): fajny krój (retro), ponoć proste w uszyciu (a jestem początkującym adeptem szycia, więc nie porywam się na jakieś trudne wzory).

Zdjęcie strony z Burdy
zdjęcie ze strony: www.burda.pl

Pomyślałam sobie - mam trochę czasu, płócienny materiał zalega mi już drugi rok w pudle, to biorę się za szycie! Tak więc przekopiowałam sobie części wykrojów (zgodnie z moim rozmiarem), ułożyłam na materiale i przypięłam, dodałam zapasy na szwy i wycięłam. Otwieram gazetę na opisie wykonania: przód nogawki zczepić z tyłem prawą stroną do środka - ok, zrobione - przeszyć boki nogawek - banał. Przeszyć wnętrza nogawek - banał. Połączyć obie nogawki i przeszyć tył i fragment przodu do zamka - szybka piłka. No i tu zaczął się problem, bo reszta opisu szycia był dla mnie kompletną abstrakcją - poczynając od kierunku złożenia zakładek na przedzie, przez wszycie zamka, że o pasie i różnych odszyciach przodu i tyłu nie wspomnę. Kieszenie wszyłam trochę na przypał, bo dzień wcześniej skończyłam szyć spodenki z "Burda. Szkoła szycia (nr 1/2015) i mniej więcej wiedziałam jak się za to zabrać. "Lamówki" przy kieszeniach też jakoś wszyłam.






Ale reszta? Czarna magia :( Na próbę spróbowałam sfastrygować ten pas, żeby może chociaż zobaczyć czy to ma sens, ale coś mi się rozłazi :( i tak leżą te spodnie takie niedokończone a ja nie wiem jak je zmontować do kupy, żeby to jakoś wyglądało. Może macie jakieś pomysły? HELP!!!

A tak wyglądają te opisy z Burdy, których kompletnie nie rozumiem :/
źródło: Burda 3/2012

źródło: Burda 3/2012
Ktoś? Coś? Z chęcią przyjmę każdą pomoc.

wtorek, 25 lipca 2017

Szafa wnękowa I (z regałem)

Przyszła pora na szafę. Zabieraliśmy się za nią w sumie już od roku. Wiedzieliśmy doskonale, że nas to nie ominie, ale zabieraliśmy się za to jak przysłowiowy "pies za jeża".

Największą trudnością był słup konstrukcyjny stojący sobie w najlepsze na środku pokoju. Ktoś miał również ułańską fantazję i dokleił do niego murek. Ktoś następny dodał półki. I tak stało to na środku w sumie tylko przeszkadzając i łapiąc kurz.
Tu już półki częściowo rozebrane
Na pierwszy ogień poszła więc demolka - zdemontowaliśmy półki, rozebraliśmy obudowę słupa, rozbiliśmy murek. I tak została nam dziura w panelach (którą jeszcze nie wiemy jak zakleić, bo jest na środku pokoju) i słup, który na wszelki wypadek przetarliśmy papierem ściernym i zaimpregnowaliśmy bejcą.
Zaimpregnowany słupek
Zaopatrzyliśmy się w płyty z karton-gipsu, aluminiowe profile i kątowniki, śruby, kołki, siatkę do połączeń i taśmę fizelinową. I wzięliśmy się za robotę. Przemyślenia odnośnie "jak to, kurczę, zrobić" zajęły nam sporo czasu przed. Było również parę koncepcji, ale ostatecznego kształtu nabierało to w trakcie stawiania - czasem tylko ze względów czysto praktycznych, bo, np. nie można było fizycznie zrobić czegoś, co planowaliśmy. Ciężko było w ogóle znaleźć w przepastnych zasobach internetu jakiś film instruktażowy odnośnie budowania ścian z kątami lub zabudowywania "dziwnych" przestrzeni, dlatego musieliśmy poradzić sobie sami.
Na początku zbudowaliśmy szkielet:
Dolne i górne profile (profil C, szerokości 3 cm)  przymocowaliśmy na kołki szybkiego montażu. Zaczęliśmy od najdłuższej ściany, następnie ustawiliśmy prostopadłą do niej pierwszą krótką ścianę, kolejną krótką prostopadłą i dosłownie kawałek łączący trzecią ścianę ze słupkiem. Całość wyglądała tak:
Szkielet z profili aluminiowych o szerokości 2,5 cm
Na szkielet zaczęliśmy przymocowywać na wkręty płyty z karton-gipsu.  Następnie, już według standardu zakleiliśmy "łebki" wkrętów szpachlą gipsową. Gdy wyschła pokryliśmy nią całą ścianę cienką warstwą. A gdy ta wyschła, drugą jej warstwą. Na koniec nałożyliśmy trzecią warstwę, tym razem gładź typu 'finish'. A na zupełny pokryliśmy ją dwoma warstwami białej farby ściennej.
zamocowana płyta z karton-gipsu
płyty pokryte gładzią szpachlową
 Następnie na ścianach rozrysowaliśmy sobie naszą szafę - wszystkie półki i ściany pionowe - nawet nie wiecie, jak to nam później ułatwiło pracę! I jeśli myślicie, że skoro pan na youtubie stawia szafę sam, bez niczyjej pomocy, podpierając sobie płyty głową a kąty łapiąc "z powietrza" - to NIE!, to tak na pewno nie działa. ;) Ale są sposoby, dzięki którym dwie osoby mogą postawić wnętrze szafy w kilka godzin.
Ale wracając do meritum - rozrysowanie pomogło nam nie tylko w zwizualizowaniu sobie wyglądu szafy, ale również w wyliczeniu ile chcemy półek i jakie mają mieć wymiary oraz jakie wymiary mają mieć ściany pionowe. A w późniejszym etapie również w mocowaniu półek.

Pojechaliśmy więc do hurtowni meblowej zamówić płyty. Wcześniej zjeździliśmy już wszystkie jakie znaleźliśmy w Olsztynie i wybraliśmy z wystaw płyty, które się nam spodobały - wyobraźcie sobie, że było okrutnie z tym ciężko, bo praktycznie niedostępne są już płyty zdobione, są jedynie gładkie kolorowe, lakierowane lub o strukturze drewna ( :( ). No ale z braku laku wybraliśmy dwa kolory: Rigoletto i Limba firmy Kronopol, z tym, że chcieliśmy, aby słoje nie układały się w pionie, ale w poziomie.
płyta laminowana Limba (źródło: http://www.swisskrono.pl/mdm/Plyty-laminowane)

Płyta laminowana Rigoletto (źródło: http://www.swisskrono.pl/mdm/Plyty-laminowane)
Ale pan w hurtowni ukrócił nasze zapędy informacją, że płyty Limba już nie produkują, więc dobraliśmy inną, podobną, o nazwie Jesion Moskwa, również firmy Kronopol (na żywo nie jest aż taki biały).
płyta laminowana Jesion Moskwa (źródło: http://www.swisskrono.pl/mdm/Plyty-laminowane)
Do tego wnętrze szafy docięli nam ze zwykłej białej laminowanej płyty - opcja budżetowa, taka płyta kosztowała jedynie 107 zł za szt).

Czekając aż dotną i okleją nam płyty na pożądane wymiary L. zrobił oczka ledowe - i tak było wyprowadzony kabel do tego miejsca (tak, wiem, strasznie to dziwne miejsce na żyrandol, po drugiej stronie pokoju też był on w tym miejscu).

Jak tylko docięli nam płyty trzeba je było wtaszczyć na to nasze 3 piętro... a trochę ich było - pocięte 4 płyty o ogólnych wymiarach 2,80 x 2,07 m, a ważyły chyba z tonę. Wnosiliśmy też wszystkie okucia do szafy (ceowniki, rączki, tor górny i dolny, wsporniki do półek, kółka górne, wózki dolne, podpórki do półek, szczotki odbojowe i przeciwkurzowe, wkręty i klipsy do torów), reling (kupiliśmy taki długi, ok 2m i cięliśmy go zwykłą piłką do metalu na potrzebne odcinki), metalowe kątowniki i masę kołków szybkiego montażu i kołków wkręcanych do płyt z karton-gipsu. Podczas tego remontu staliśmy się niemal codziennymi bywalcami marketów budowlanych ;)
obraz nędzy i rozpaczy - cała podłoga zasłana elementami konstrukcujnymi, płytami itp.

Po wniesieniu tego wszystkiego do mieszkania wzięliśmy się za robotę. Najpierw zamocowaliśmy pionowe ścianki działowe na kątowniki (do podłogi i ściany) a następnie już do tych ścianek i ścian krańcowych montowaliśmy półki na specjalne wsporniki do półek.


wnętrze szafy
Teraz przyszedł czas na montaż płyt bocznych, będących "obramówką" szafy. Poprosiliśmy o wycięcie czterech długich i wąskich elementów z ciemnej płyty (11x250 cm i 11x235cm). Nie były one obklejane, zamontowaliśmy na nie ceowniki (po grubości). Przymocowaliśmy te elementy do podłogi, sufitu i ścian. Dopiero na to zamocowaliśmy tor górny (na wkręty) i tor dolny (na klipsy - fajne rozwiązanie, bo nie widać wkrętów/śrubek).

Przyszła pora na złożenie drzwi. na krótki, ciemny element zamocowaliśmy z obu stron łączniki i dopiero potem mocowaliśmy jasne płyty. Kiedy już te trzy płyty były razem mocowaliśmy rączki (w tej pozycji, bo rączki miały 2,75m, a sufit mamy na 2,5 m) i dopiero po zamontowaniu docinaliśmy je do długości drzwi. potem mocowaliśmy ceownik na górnym i dolnym rancie drzwi, a na koniec przykręciliśmy wózek dolny i górne kółka. Z ceownikiem dolnym było trochę zabawy, bo trzeba było odciąć tył i dół po obu stronach, robiąc miejsce na kółka (w dolnej płycie muszą być specjalne otwory na wózki).


 A tak wyglądają drzwi po włożeniu w tory i wyregulowaniu dolnych wózków:
Szafa w całej okazałości
Po złożeniu szafy wzięliśmy się za regał. Nauczeni doświadczeniami z szafy skończyliśmy montowanie 9 pólek w ok 2 godziny. Najpierw rozmierzyliśmy odległości i narysowaliśmy linie. Następnie nawierciliśmy otwory na kołki rozporowe, założyliśmy te kołki i lecąc już od góry po kolei montowaliśmy półka po półce. A oto efekt:
Regał na książki
I wygląd całości:

I dla porównania wersja sprzed:
Całość kosztowała ułamek ceny (ok. 1700 zł), ale sporo własnej pracy. W zeszłym roku robiliśmy mały rekonesans, to za szafę tej wielkości pan zaśpiewał minimum 3000 zł (i to bez ścianki działowej, elektryki i regału).
Wszystko zrobiliśmy sami, w większości mój L. (ja byłam jedynie pomocnikiem majstra i zrobiłam wyliczenia wnętrza szafy, frontów i półek regału).
I co myślicie o tej samoróbce?

piątek, 14 lipca 2017

roboty na wysokościach cz.2 - ława

Tak jak obiecałam, dziś będzie druga część posta o robotach na wysokości ;) czasem się zastanawiam co sobie o nas sąsiedzi myślą - ciągle łazimy a to z dechami, a to z płytami, jakimiś kantówkami i innymi dziwnymi rzeczami... Ze dwa miesiące temu - przed samą Wielkanocą -  kupiliśmy sobie nawet krajzegę (taką małą, "stołową") i piłujemy - a to na tym naszym trzecim piętrze, a to w piwnicy ;)

Już w zeszłym roku kupiłam kantówkę 4,5x4,5 cm i trzy listwy 2,5x5cm z myślą o tym projekcie, ale jakoś chyba musiało to nabrać tzw "mocy urzędowej" jak to zwykła mówić moja mama ;) Z tą myślą wybrałam sobie również prezent urodzinowy - czyli zestaw do mocownia kieszeniowego o nazwie 'undercover jig', który również ma nam pomóc przy tym i innych "drewnianych" projektach.
Przy jednej z majowych wizyt w markecie budowlanym kupiliśmy dwie płyty, a właściwie nazwane to jest "półka świerkowa klejona"... o wymiarach 120x60 cm i 100x40 cm.

Także mocy w końcu nabrało i w ten sposób powstała wymarzona ława. I to za ułamek ceny, jaką podobne rzeczy kosztują w sklepie, czy nawet na allegro.

Ale po kolei... plan był taki:

Rys. Stolik - pomysł

A budowa zajęła dwóm niewprawnym osobom ok 3 godziny. I to z wykorzystaniem podstawowych narzędzi: piłki (nie mieliśmy nawet piłki do drewna, tylko taką drobną do metalu), wiertarki, wkrętarki, śrubokrętu i już nie tak podstawowego, ale wspomnianego powyżej zestawu do połączeń kieszeniowych.  Do tego garść wkrętów i 4 drewniane kołki (czopy?) i można było zacząć pracę.

Na kantówce odmierzyliśmy długość nóg - 50 cm - pocięliśmy ją piłką i wygładziliśmy papierem ściernym (P80) miejsca cięcia. Następnie odmierzyliśmy na większym blacie umiejscowienie mniejszego blatu i nóg (miały one być w rogach naszej półki). Zaznaczyliśmy je ołówkiem.

Z półki wycięliśmy rogi na wymiary 4,5 x 4,5 cm (grubość nóg).

Rys. Półka z odciętymi rogami (wymiary)

Następnie na listewkach odmierzyliśmy  4 kawałki po 91 cm i 4 kawałki po 31 cm na wsporniki pod blat (takie odległości wyszły nam pomiędzy nogami stołu po ich umiejscowieniu).
W każdym z tych elementów nawierciliśmy 4 otwory kieszeniowe (po dwa z każdej strony). Przy użyciu tego samego wiertła nawierciliśmy również otwory do mocowania półki i blatu - na krótszych elementach po jednym otworze na środku,  na dłuższych po dwa otwory (mniej więcej w 1/3 i 2/3 długości).

Teraz już było z górki. Na nogach wymierzyliśmy wysokość 20 cm (na tej wysokości chcieliśmy mieć półkę) i zaznaczyliśmy ją na dwóch ścianach każdej z nóg. Następnie skręciliśmy po dwie nogi za pomocą krótszego elementu na wysokości zaznaczenia. Pierwotnie rama wsporników miała być po zewnętrznej stronie, ale baliśmy się, że śruby przebiją się na zewnątrz i zniszczą trochę nogi naszej ławy, więc daliśmy je po wewnętrznej krawędzi (otwór do mocowania blatu musi być od dołu).

Rys. Nogi - połączenie
Dodatkowo na każdej nodze wywierciliśmy otwór na drewniany kołek, który jeszcze bardziej ustabilizuje konstrukcję.
Następnie połączyliśmy pary nóg dłuższymi elementami (w tym przypadku również kieszenie na śrubki muszą być od środka, a te do mocowania półki od dołu).
Po skręceniu do kupy wszystkich nóg założyliśmy półkę i przykręciliśmy ją od dołu.


Gdy już półka została zamocowana analogicznie skręciliśmy górną ramę, przy samym krańcu nóg, a w otwory w górnej części nóg wkleiliśmy kołki.


Gdy już rama została przykręcona do nóg na podłodze położyliśmy blat (oznaczeniami do góry), na to - do góry nogami - położyliśmy cały szkielet ławy (ten niebieski pyłek na kołku to ślad kredki, dzięki któremu po odwróceniu i przystawieniu do blatu wiedzieliśmy gdzie nawiercić płytkie otwory, żeby skleić obie części) i przykręciliśmy blat do szkieletu. I voila! ława gotowa.


Na koniec pociągnęliśmy półkę i blat bejcą - kolor: ciemny orzech - i dwiema warstwami bezbarwnego lakieru (sama bejca dawała zbyt tępe wykończenie i ciężko było blat choćby przetrzeć) a nogi i ramy pomalowaliśmy jedną warstwą białego gruntu do drewna.

Oczywiście my zawsze robimy rzeczy nie w takiej kolejności jak trzeba, więc najpierw ławę skręciliśmy, po czym stwierdziliśmy że ją dodatkowo wzmocnimy czopami i pomalujemy, dlatego zdjęcia są z różnych etapów. Wam jednak radzę - jeśli ktoś zdecyduje się też zrobić sobie taką ławę - robić wszystko po kolei i najpierw wszystkie elementy dociąć i nawiercić, następnie pomalować, a na końcu skręcić ;)

A tak wygląda efekt końcowy:


Koszt wykonania takiej ławy to ok 200 zł.

Jak wam się podoba?

środa, 5 lipca 2017

Leśne ludki

I ja i mój L. wychowaliśmy się na wsi. I choć nasze mieszkanie w bloku nam na ten czas odpowiada (głównie dlatego, że jest położone na obrzeżach miasta, na cichym zielonym osiedlu wśród niewysokiej zabudowy) to jednak na wsi odżywamy. Możemy godzinami chodzić po lesie - zbierając grzyby lub tylko spacerując. L. potrafi pół dnia rąbać drewno, ja mogę cały dzień spędzać w ogrodzie.

łąka - kwitnące maki, chabry i rumianki

W ostatnią sobotę na przykład wyjechaliśmy pod miasto w poszukiwaniu ostatnich jeszcze baldachów czarnego bzu. Ale błądząc po bezdrożach nazbieraliśmy nie tylko obłędnie pachnące kwiaty - znaleźliśmy też garść kurek, trochę poziomek i jagód, a nawet kwiaty dziurawca. Te ostatnie po przesuszeniu powędrują aż do Hamburga, do mojej ciotki, która interesuje się ziołolecznictwem i chce sobie zrobić dziurawcową maść.



Jagody i poziomki wykorzystałam od razu do rolady biszkoptowej z kemem z bitej śmietany i serka mascarpone, natomiast kurki powędrowały do niedzielnej jajecznicy.

rolada biszkoptowa z kremem z bitej śmietany i mascarpone z jagodami i poziomkami


Kwiaty bzu przerobiłam w dwójnasób - część przerobiłam na nalewkę, a resztę na wino.

Wino z bzu
Kwiaty bzu (odcięte od łodyżek-ok 30-40 baldachów) wrzuciłam do wrzątku (ok 4 l) i zostawiłam na 24 godziny, aż oddały cały aromat do wody. Następnie przelałam do gąsiorka, dodałam drożdży i syropu cukrowego (3 l wody + 3 kg cukru) i odstawiłam w ciepłe miejsce. Za 2-3 tygodnie okaże się, czy winko będzie się nadawało do wypicia.

Nalewka z kwiatów bzu
ok 50 baldachów bzu
2 cytryny
3 l wody
2 kg cukru
1,5 l spirytusu

Nalewka z kwiatów czarnego bzu

Z wody i cukru ugotować syrop. Kiedy się zagotuje wlać sok wyciśnięty z cytryn i wrzucić kwiaty bzu (odcięte od łodyżek). Odstawić na 24 godziny w chłodne miejsce. Po tym czasie odcedzić, kwiaty odcisnąć i wyrzucić. Następnie syrop wymieszać ze spirytusem, przelać do butelek i zostawić aż się przegryzie (na początku jest dosyć ostry i zbyt słodki) - wystarczy nawet kilka dni.
Syrop można zrobić mniej słodki, można dodać mniej soku z cytryny - w sumie proporcje są dowolne, ja zawsze robię nalewki "na oko", tak, żeby trafiały w nasz smak.

Smacznego :)